Alternatywa
Proces twórczy potrafi boleć. Jest, jak potrzeba fizjologiczna. Odwlekana, niezałatwiona zwyczajnie powoduje cierpienie. To, co się w środku uzbiera, jeśli nie znajdzie ujścia, będzie niszczyć i truć. To chyba trochę, jak uzależnienie. Bez regularnej dawki wszystko jest bez wyrazu. Wszystko jest bez sensu, a w tym bezsensie chce się tylko chodzić po ścianach i rozdrapywać sufity.
Wystarczy raz odlecieć. Tylko raz. Zobaczyć inny świat, który na dodatek samemu się tworzy. W którym nie ma żadnych pierdolonych reguł. Potem chce się więcej i więcej. Ten świat staje się całym światem, a świat rzeczywisty jest, jak jedzenie. Schodzi się do niego, jak do lodówki. Wygłodniałym, szuka inspiracji i pożera to, co wygląda najciekawiej. Czasami się samemu coś ugotuje. To wtedy smakuje najlepiej. Z premedytacją.
Paskudne uczucie jest wtedy, gdy jest się najedzonym i można wyruszyć w drogę, lecz po prostu się nie chce. To się zdarza. Często poprzez zwyczajne zmęczenie. Najgorzej, bo pragnie się wyruszyć, ale tak ciężko wyjść z domu. Jeśli zabraknie mobilizacji, to umiera się w bezsensie i od nadmiaru inspiracji, która powoduje niestrawności. Proces umierania z niestrawności potrafi jednak skutecznie zmobilizować.
Najgorzej jest też wtedy, gdy zgubi się rytm. Jesz i ruszasz, jesz i ruszasz. Jest dobrze, bo spalasz wszystko na bieżąco. Lecz, gdy zjesz, a nie wyruszysz, bo wydarzy się coś, co cię skutecznie powstrzyma, to wówczas musisz poumierać przez dłuższy czas i jeszcze dodatkowo pocierpieć z powodu wybicia z rytmu. Wpada się wtedy w taką otchłań, w której naprawdę nie ma niczego. To nie jest złe, to tym bardziej nie jest dobre. Ale jest cholernie obojętne. Miałkie. Nijakie. Nie ma większego cierpienia dla twórcy niż nijakość. Ten koszmarny międzywymiar. Depresja jest paliwem. Euforia jest paliwem. Ale międzywymiar zabija w męczarniach. Normalność jest najgorsza.
Ja nigdy nie byłam normalna i mam wielką nadzieję, że nigdy nie będę. Nie ma od tego odwrotu. Bo do tego się nie dochodzi. Takim się po prostu rodzisz. I od urodzenia nie jesteś akceptowany. Ale musisz to zaakceptować i nauczyć się akceptować siebie. Wbrew wszystkim. Pod prąd.
Im szybciej nauczysz się płynąć pod prąd, tym lepiej. A jak się nie nauczysz, to zabije cię normalność mainstreamu. Twoim naturalnym kierunkiem jest ten przeciwny. To z początku odstrasza. Jesteś przerażony. Jesteś kompletnie sam. Sam pośród tłumu, który patrzy wrogo. Ocenia. Skreśla. Krytykuje. Wyśmiewa. Na siłę chce nawrócić. Naprostować. A tobie przybywa ran. I wtedy już wiesz, że nie możesz nikomu ufać. Jesteś sam. Musisz zebrać w sobie wszystkie moce i płynąć swoim nurtem.
I popłyniesz na szalonej sinusoidzie. Jesz i ruszasz. Jesz i ruszasz. Depresja i euforia. Euforia i depresja. A od czasu do czasu mroczny międzywymiar. Dopadła normalność, która zadusza i wysysa z ciebie życie. Czas na skok. Albo na wielkie gotowanie. Wszystko, byle to przerwać. Wyrwać się i nabrać powietrza w płuca.
Trudno tak się żyje, ale jest to życie pełne barw. Jeszcze trudniej musi być tym, którzy odważą się żyć u twojego boku. Biada im. Biada. Jeśli nie mają choć krzty podobnego szaleństwa, to nie wytrzymają lub zostaną porzuceni. To cholernie ważny czynnik. Kluczowy. Co ciekawe, jeśli to będzie mainstreamowa osoba, to ona będzie cię ranić bez absolutnie żadnej świadomości. Lecz będzie to robić na tyle mocno, że ją znienawidzisz i w końcu uciekniesz. Im bardziej normalna, tym większy ból ci zada. Dlatego lepiej naucz się żyć samotnie. Spędzisz w ten sposób i tak większość życia. Bo albo w rzeczywistej samotności albo z kimś mainstreamowym, jako samotny w związku.
Pamiętaj jednak, że masz swój świat, który zachłannie będzie cię wzywał co i rusz. Tam możesz być kimkolwiek chcesz u boku kogokolwiek chcesz. Przecież ten świat nie jest w niczym gorszy. Przecież widzisz jego wszystkie barwy. Słyszysz głosy i dźwięki. Czujesz dreszcze oraz ciepło. Jedyną różnicą jest tylko to, że on nie jest normalny. Na szczęście!