Astroprojekcja trzecia
To był wielki bal. Bal na sto albo i dwieście par. Bal, który w takim wymiarze prędko się już nie powtórzy. Przepych, luksus, złote żyrandole. Była ona w białej sukni i on w błękitnej koszuli. Była świetna muzyka, taniec i namiętność. Inny wymiar.
Dwudziesta druga czterdzieści cztery. Ostatnim razem, gdy spojrzała na zegar była dwudziesta druga dwadzieścia dwa. Liczby anielskie natrętnie wręcz mnożyły jej się przed oczami. Coś się zbliżało. Nadchodziło coś przełomowego.
Przylgnęła do niego mocno i czule. Próbując zagłuszyć muzykę wykrzyczała mu do ucha: „tak bardzo za tobą tęskniłam!”. On odpowiedział jeszcze mocniejszym uściskiem. Tej nocy nie pozwolił jej uciec. Ani zniknąć. Ani zamienić się w ducha. Niezwykła harmonia oraz wzajemne wyczucie rytmu spoiły ich nierozerwalnie. Takie połączenie nie zdarza się często.
Wszyscy wokół nich to widzieli i czuli. Nikt nie śmiał ingerować. Jakby mieli wypisane na czole, że są swoją wzajemną własnością. Żadna obrączka na świecie nie zdołałaby tego jaśniej przekazać.
Winda zaprowadziła ich do nieba. Na dziewiąte piętro. Bo dwa razy dziewięć to osiemnaście. Bo osiemnaście plus dziewięć daje dwadzieścia siedem.
Wtuleni w siebie ściśle przez całą noc tworzyli jeden organizm. Lecz ten wymiar musiał się kiedyś przełączyć. Nadchodził świt. Poczuła dziwne bóle w brzuchu. Wiedziała, że musi odejść, ale wtedy usłyszała swój własny głos płynący z samego środka serca: „Zostań jeszcze. Naciesz się tą chwilą. Naciesz się, bo prędko go znów nie zobaczysz”. I została jeszcze chwilę, by napajać się chwilą oraz cudownym ciepłem jego ciała.
Kolejnym razem ujrzała go dopiero po upływie niemal roku. I rozpadła się na kawałki. Jak laleczka z porcelany. W białej sukni. Bez obrączki, którą zrzuciła z dziką chęcią cztery lata wcześniej. W dniu jego trzydziestych urodzin.
Wszystkiego najlepszego Kochanie.
Niech to będzie koniec i początek. Bo każdy koniec jest początkiem.