Błękitni
Jakoś wyjątkowo nie mogę sklecić słów. Jestem rozbita. Owładnięta milionem emocji. Doznałam objawienia, które jest z pogranicza wszystkich trzech światów: fizycznego, mentalnego i duchowego. I sama nie wiem, czy zwariowałam dopiero teraz, czy to może pogłębienie i tak już beznadziejnego stanu mojej świadomości.
Na pewno ujrzałam pewne sprawy z zupełnie innej perspektywy i to na pewno jest coś wielkiego. Ważnego. Jest lekcją tolerancji oraz otwartości, którą sądziłam, że mam. Niestety, najwidoczniej nie miałam w stopniu dostatecznym albo i żadnym.
Obawiam się, że i tak na pewne sprawy już za późno. To jest mocna lekcja.
Nie mogąc się pozbierać znalazłam tylko jedno wyjście – wypad nad morze. Morze zawsze pomoże. Morze jest zawsze dobre. Morze daje mi siłę. I jak ostatnia wariatka wsiadłam wcześnie rano w samochód, przejechałam prawie czterysta kilometrów tylko po to, by posiedzieć nad brzegiem i po prostu pobyć z morzem sam na sam. Wróciłam jeszcze w tym samym dniu, przemierzając drugie tyle kilometrów drogi powrotnej. Oczywiście, że było warto. Ale, czy to wystarczy, by emocje się ułożyły?
I znów atakuje mnie to poczucie, że nic już mnie nie czeka. Że nic się nie wydarzy. Że moje życie już się skończyło. Ono jest natrętne i paskudne. Przychodzi, jak nocna mara. I dusi. Myślę sobie, że może rzeczywiście przeczuwam swoją rychłą śmierć. A może będzie to śmierć w znaczeniu przenośnym? Śmierć pewnego etapu? Trudno uwierzyć, że miałabym już skończyć misję, ale przecież jeszcze nie tak dawno sama prosiłam o skrócenie wyroku… I tak, podtrzymuję to – jeśli tylko miałabym żyć w niespełnionej miłości – ja nie chcę żyć długo w ten sposób. Nie widzę sensu w takim życiu.
To ból, którego nie da się znieść. Chroniczny, wyniszczający, proszący o eutanazję.
Zrobiłam sobie test i jestem na granicy spektrum. Ale tak bardziej jedną nogą w niż z dala.
Jako osoba z pogranicza zdaję sobie sprawę, że mogę być tłumaczem górnolotnie pojętej normalnej rzeczywistości dla tych, którzy są bardziej po tamtej stronie. Nazwę ich Błękitnymi. Bo zaiste tacy są.
I chcę być tym tłumaczem. Chcę wziąć na siebie tę misję. W pełni praw i obowiązków.
Chcę się dokształcić i jeszcze bardziej uświadomić. Żeby pomóc Błękitnym i żeby pomóc sobie.
I chcę nadal i jeszcze bardziej kochać mojego Błękitnego z topazowymi oczami. Choć jest to miłość trudna. Magiczna. W pozytywnym sensie kosmiczna. Jedyna i wyjątkowa. Poza schematami. Pod prąd. I przez to jest taka piękna.
Dokładnie taka, jaka być powinna. Błękitna.