Kraina Wyimaginowana
I nadszedł ten dzień. Z pofarbowanymi na rude żółtko włosami wsiadłam w pociąg, na drugi dzień o świcie w samolot i tak po prostu wyruszyłam. Kompletnie sama i kompletnie bez stresu. Przecież jechałam do domu. Czego miałabym się stresować?
Ten Kraj nigdy nie był i nie jest mi obcy. Przechadzając się po uliczkach miasteczek czy po górskich szlakach, mijając mieszkańców – czułam się swobodnie, sielsko. I tak niezwykle spokojnie oraz bezpiecznie. Nigdy tak się nie czułam i nie czuję się w Polsce.
Przez cały pobyt targały mną potężne emocje, w pełnej gammie. Doznawałam wizji za wizją. Siedząc w wycieczkowym autobusie patrzyłam w okno i płakałam ze wzruszenia starając się to ukryć przed współpodróżnymi. Jednocześnie nie bałam się z nimi rozmawiać, żartować. Tam nie bałam się niczego ani nikogo. To tam stałam się najlepszą wersją siebie. Nawet mimo żółtka na głowie. Rudego. Ale mojego.
Piłam czarną jak noc, przepyszną kawę przegryzając gofra z brunostem. Patrzyłam jak fale obijają się o burtę, jak idzie przypływ i odpływ, jak niebieskie meduzy niczym parasolki unoszą się tuż pod taflą morza. Patrzyłam jak woda sączy się ze skał i leje się z licznych wodospadów uchodząc wprost do fiordu bądź zamienia w rzekę. Jadłam najlepszą na świecie kanapkę z wędzonym łososiem w strugach bergeńskiego deszczu. Czułam zapach dorsza w lofockim powietrzu i złożyłam pokłon dumnemu, jak paw reniferowi, który niespiesznie przeżuwał swój podwieczorek. Widziałam promienie słońca w środku nocy i zrozumiałam, dlaczego od zawsze muszę spać w półmroku – nigdy w zupełnej ciemności. Jasność w nocy tak dobrze mi się kojarzy.
I chyba nawet zakochałam się od pierwszego wejrzenia, chociaż tak bardzo się bałam znów to zrobić. Mimo, że to półrocze byka, które daje solidną trwałość.
Słuchałam ludzi wokół mnie. Obserwowałam, chłonęłam ich emocje i przez to sama miałam w sobie emocjonalny koktail. Opowiadali barwnie o swoich licznych, wcześniejszych podróżach i tę traktowali, jako kolejny punkt na mapie do zaliczenia, planując jednocześnie następną wyprawę. A tymczasem dla mnie to coś zupełnie innego. To nie była po prostu wycieczka i kolejne punkty na mapie. Dla mnie to była osobista pielgrzymka do swojego wnętrza. Takiego najbardziej intymnego.
Moja pielgrzymka do Krainy Wyimaginowanej. Tak nazywam Norwegię. I Krainę Wyimaginowaną łączę wyłącznie z Norwegią.
Przede wszystkim tą moją, wewnętrzną.
Gdy byłam tam po raz pierwszy – był to wyjazd tuż po poronieniu. Jechałam z traumą. A potem w Oslo, w parku Vigelanda zobaczyłam dziewczynkę z włosami, jak len. Ubrana na fioletowo. Patrzyła na mnie znacząco, uśmiechnęła się i nagle zniknęła w tłumie. Niedługo później, po powrocie, udało mi się ponownie zajść w ciążę – tym razem prawidłową. Urodziłam moją córkę. Z jasnymi włosami i niebieskimi oczami.
I tym razem zjawiłam się w parku Vigelanda – po ośmiu latach. W strugach deszczu. Przypomniałam sobie tamtą scenę i zapytałam los, co tym razem dla mnie zaplanował. Przed oczami przewinęła mi się retrospekcja – jak pod koniec ciąży walczyłam ze straszną chorobą, jak po urodzeniu dziecka zadecydowałam o rozwodzie i jak potem budowałam swoje nowe życie, na które z obłoconymi buciorami wtargnął bandyta, który niedługo później mnie zgwałcił emocjonalnie. A może nie tylko…
Oslo płakało i ja płakałam.
A na drugi dzień, tuż po wyjściu z samolotu w Gdańsku ujrzałam tęczę.
Ja, jeg elsker dette landet.