Na pełnym morzu

Syndrom Dody

Doda najprawdopodobniej rozstała się z kolejnym partnerem. Nie tak dawno temu to samo i to na dodatek po wieloletnim związku spotkało Shakirę. To naprawdę niebywałe, że tak piękne, zdolne, zaradne życiowo, bogate i mądre kobiety są singielkami. Niektórzy wysnuwają wnioski, że widocznie problemem jest ich charakter. Ale to bez sensu. Przecież one nie mogą mieć złego charakteru skoro osiągnęły w życiu takie sukcesy. Wręcz przeciwnie – muszą mieć wspaniałe charaktery! Takie godne naśladowania. Takie, które stawia się za wzór, jak tej koleżanki czy kolegi ze szkolnej ławki, co to mama zawsze cię przyrównywała.

Swoją drogą, no któż tego w dzieciństwie nie słyszał: „weź przykład z <tutaj wpisz dowolne imię>! Ona/on to się pilnie uczy/jest dzielny/a/, itp., a nie to co ty”?

Ale wracając, co z tymi kobietami jest nie tak? Czy może właśnie jest aż nazbyt tak?

Mam swoją teorię. Iście zawiłą i epicką, wręcz ostro feministyczną. Otóż, takie kobiety przyciągają mężczyzn niepewnych siebie, którzy karmią swoje ego i poczucie wartości mając obok siebie słabszą kobietę. Lub po prostu otaczając się ludźmi teoretycznie, pod pewnymi istotnymi dla nich względami słabszymi od nich samych. Wygląd, aparycja oraz pewne zachowania takiej Dody czy Shakiry mogą im dawać złudne wrażenie, że są to kobiety mało inteligentne, mało zaradne, które swój sukces zawdzięczają w zasadzie tylko urodzie. Zatem stają się dla nich kandydatkami na partnerki – bo wydają się być słabe. Tymczasem po wejściu w związek okazuje się, że jest zupełnie inaczej. Niepewny siebie mężczyzna przy takiej kobiecie nie widzi nic poza swoimi wadami. Jego ego cierpi, wyje z bólu. Widzi, że nie jest w stanie jej dorównać choćby na rzęsach stawał. A próbuje na tych rzęsach stawać, gdyż odpala mu się niespodziewanie tryb rywalizacji, ponieważ ma obok siebie jednostkę silną, co w jego mniemaniu pozbawia tę kobietę płci – ona jest dla niego w tym momencie rywalem, a nie osobą do związku, jedności i bezwarunkowej akceptacji. Zatem walczy, biegnie, goni, wykręca piruety i… nic. Nie jest w stanie uczynić z niej słabszą, podległą i zależną od siebie. Ona ciągle jest o dwa kroki do przodu. A on zamiast czerpać z tego motywację i podbudowywać się wewnętrznie, być dumnym, że tak wspaniała osoba jest nim zainteresowana i totalnie w nim zakochana, szukać pewności siebie w sobie oraz karmić swoje ego samemu, woli niestety atakować. Odsuwać się emocjonalnie, karać milczeniem bądź innymi psychologicznymi i socjologicznymi narzędziami zbrodni, i tak dalej, i tym podobniej. W efekcie ta silna kobieta, choćby nie wiem jak zakochana, w końcu odpuszcza. Szanuje siebie i swoje zdrowie, więc odchodzi lub jeśli zostanie porzucona – idzie dalej nie oglądając się wstecz.

Czy naprawdę takie kobiety są skazane na samotność? Czy naprawdę muszą udawać głupsze niż są, by zatrzymać przy sobie mężczyznę i by on pełnił rolę mężczyzny, a nie agresora? Czy naprawdę muszą wyglądać, jak stereotypowa studentka politechniki – przetłuszczone włosy, oversizowe, szare ubrania i nadwaga, by mężczyźni myśleli, że są mądre i tym samym by mogły do siebie przyciągnąć tych pewnych siebie, którzy nie będą ich zwalczać?

Też byłam studentką politechniki. Dosłownie i w przenośni. W przenośni się w taką zamieniłam w ciągu minionego roku. Ścięłam włosy, wróciłam do ich naturalnego koloru, przestałam się malować albo robiłam to tylko delikatnie, ubierałam się coraz bardziej nijako itp. – pisałam o tym zresztą nie raz tutaj. Chciałam w ten sposób przyciągnąć tych, którzy nie będą mnie niszczyć. I to się totalnie nie udało, ponieważ w nowym looku czułam się po prostu źle i coraz gorzej. A logicznym jest, że jak się człowiek źle czuje w swojej skórze, to niczego dobrego nie osiągnie. Tak dokładnie się stało.

Nazwałabym to zjawisko zwalczania silnych kobiet przez niepewnych siebie mężczyzn syndromem Dody. I myślę, że i ja na niego cierpię. I myślę, że cierpi na niego mnóstwo kobiet, szczególnie młodych, które nie boją się sięgać po więcej w przeciwieństwie do swoich matek i babć trwających w absolutnym patriarchacie.

Jednak to nie my mamy problem. „Syndrom Dody” to problem mężczyzn, którzy wychowani w głębokim patriarchacie nie godzą się z nową rzeczywistością. Nie dobiegli jeszcze do dzisiejszych czasów. A my, silne i niezależne z kotami bądź bez nie mamy czasu ani życia, by na nich czekać.

Ciągle lepiej jest być samemu w tej zaistniałej sytuacji. To rzekłam ja, Dolatowska.

A druga teoria na temat tego, że tak samo Doda, jak i ja nie możemy znaleźć właściwego partnera to kwestia spętania energetycznego z kimś z przeszłości. Z kimś typu pies ogrodnika – co nas nie chciał i zwalczał, ale jednocześnie nie chce nas puścić, byśmy ułożyły sobie życie na dobre i złe z kimś innym. I ta oto teoria jest dużo bardziej pozytywna, ponieważ istnieją na to magiczne rytuały celem odcięcia. Chyba nie zaszkodzi spróbować?

Verified by MonsterInsights