Na pełnym morzu,  On The Bright Side of Life

Hen, za morzem!

Skandynawii nigdy dość! Przemierzyłam Bałtyk i znów przybiłam do szwedzkiego wybrzeża. Tym razem zabrałam ze sobą dziecko. Najwyższy czas zacząć pokazywać jej magię północy. Na razie delikatnie, na razie bliższa północ. Ale z pewnością przyjdzie czas na tę dalszą i piękniejszą.

To dziwne. Ledwie statek dobił do brzegu, a ja już poczułam spokój i bezpieczeństwo. Naprawdę nigdzie tego nie czuję, a już szczególnie gdziekolwiek za granicą. Poza Skandynawią. Tam się nie czuję obco. Ba, ja się tam czuję znacznie bardziej swojsko niż w Polsce!

To jest takie uczucie, które ciężko będzie mi opisać. Spróbuję jednakowoż. To tak, jakby znaleźć się w miejscu, gdzie wiesz, że nikt cię nie skrzywdzi, nie skrytykuje, gdzie możesz być absolutnie sobą. Nie musisz niczego udawać, do nikogo się dopasowywać. Masz w sobie taką pewność, że zostaniesz przyjęty z całymi twoimi szaleństwami, pomysłami, dziwactwami. Nie będziesz za jakiś albo nie dość jakiś. Nie będziesz musiał dostosowywać się do nie swojej kultury, bo tu będzie wszędzie twoja kultura i twoja natura. Brzmi abstrakcyjnie? No właśnie – tam nie brzmi abstrakcyjnie. Tam jest dom.

Im jestem starsza, tym bardziej to czuję.

A moje dziecko zachwycone, póki co Danią. Rzekła, iż mogłaby mieszkać w Kopenhadze. Zgadzam się z nią. To miasto jest przepiękne i ma swój zawadiacki klimat. Dla mnie to była druga wizyta w Kopenhadze. Pierwsza była bardzo osobliwą pielgrzymką, zatem druga wizyta była dla mnie znów bardzo emocjonalna. Nie aż tak, jak druga wizyta w Oslo, aczkolwiek znacząco.

Gdy moje dziecko miało rok wyczytałam, że moja muza, Pan Idealny – człowiek, z którym może zamieniłam w życiu dwa zdania, chociaż był przez krótki czas moim szefem – że będzie miał swoją prezentację na konferencji technologicznej w Kopenhadze. Akurat w tym czasie spadło mi nieco więcej pieniędzy i zadecydowałam, by przeznaczyć je na wyjazd do tego miasta właśnie w tym czasie. Byłam jeszcze wtedy mężatką, zatem chciałam pojechać całą rodziną – z mężem i dzieckiem. Ale mój ex nie był chętny, bo nie wyobrażał sobie zabierać dziecka ze sobą ani zostawiać go z kimkolwiek. Babcie uważał za nie dość kompetentne do opieki. Nigdy tego nie rozumiałam. Ale to już nieważne. Mimo tego, nie zrezygnowałam z wyjazdu. Zabrałam brata, który przechodził wówczas bardzo ciężki okres w swoim życiu. I tak, polecieliśmy we dwoje.

To był krótki, jednak bardzo luksusowy wyjazd. Bilety lotniczne kosztowały najwięcej, ponieważ chciałam lecieć w konkretnym terminie i kupowałam je dość późno. Zależało mi na podróży lotniczej, ponieważ nigdy wówczas nie leciałam samolotem. Tak, miałam dwadzieścia dziewięć lat i to wtedy po raz pierwszy wsiadłam w samolot. Cieszę się, że moim kierunkiem była właśnie Kopenhaga i jedno z największych lotnisk w Europie – Kastrup. Już wtedy znałam podstawy norweskiego, bo uczyłam się nim zaszłam w ciążę, zatem do kompletu z angielskim ta podróż była bez barier. Chociaż Duńczycy mają według mnie całkiem holenderski akcent! Gramatyka i pisownia jest jednak niemal identyczna z norweską.

Pana Idealnego nie spotkałam, aczkolwiek przyznaję, że wypatrywałam go na lotnisku licząc, iż może akurat przyleciał w podobnym czasie z Berlina. (Tak swoją drogą człowiek, który mnie zainspirował był właśnie Niemcem, a w powieści uczyniłam go rzecz jasna Norwegiem ;))

Nie mniej, ten wyjazd był dla mnie, jak balsam na moje pociążowe i małżeńskie rany. Był także zbawienny dla mojego wówczas bardzo załamanego brata. Kopenhaga dała nam silę i porządny oddech świeżego powietrza. Była też moją własną nagrodą za ukończenie powieści – „Pana idealnego”, którego pisałam przez niemal cały okres urlopu macierzyńskiego, w czasie, gdy dziecko spało. Jak ja to mówię – pisałam tę powieść między mlekiem a pieluchą.

Pamiętam, że kupiłam wtedy dla Małej księgę z baśniami Andersena po angielsku. A do środka włożyłam pięćdziesiąt koron duńskich. To taki prezent na roczek.

Dziś mogłam moje dziecko tam zabrać – pokazać pomnik Andersena, zrobić jej z nim zdjęcie. I przysięgam, że zabiorę ją tam jeszcze nie raz i nie tylko tam!

Z perspektywy czasu ciężko mi pojąć, dlaczego wyszłam za tego, a nie innego człowieka. Tak bardzo do siebie nie pasowaliśmy pod tyloma względami. Fakt, że były też i podobieństwa, ale niestety w mniejszości. To trochę taki zgryw losu – zawsze się spieszyłam, żeby życia nie stracić, tymczasem wpakowałam się w małżeństwo, które mi ten czas ukradło. Dziś budzę się, jako trzydziestopięcioletnia rozwódka i widzę, że moje ciało się zaczyna starzeć. Chciałabym mieć jeszcze pełną rodzinę, ale coraz bardziej to marzenie staje się odległe.

Zauważam, że jeszcze kilka lat temu mogłam robić niewiele, by wyglądać dobrze. Dziś, by tak wyglądać muszę już się nieco bardziej wysilić. Mimo wszystko mam tę siłę, mam tę moc! Moją, wikińską moc uzupełnioną skandynawskim powietrzem, którego dane mi było ostro zaczerpnąć w tym roku poprzez dwie, wspaniałe wyprawy. Jestem niesamowicie wdzięczna życiu za to, że udało mi się te plany zrealizować. Niemal głodowałam przez zeszły rok, pracowałam niemal bez przerwy, by móc odłożyć nieco więcej i spełnić marzenie. Te wyrzeczenia, te i masa innych absolutnie były warte każdej sekundy spędzonej w Norwegii, na promie na Bałtyku, przejazdem w Szwecji oraz w Danii.

Te wyprawy mnie odmłodziły. Dziś musiałam się wylegitymować w moim Lidlu, bo kupowałam wino. I to w moim Lidlu! Gdzie przecież ekspedientki powinny mnie znać z widzenia. Najwidoczniej się zmieniłam. Odmłodniałam, wypiękniałam – tak jak sobie obiecałam!

Verified by MonsterInsights