Na pełnym morzu

Względna odporność

„Hello darkness my old friend…”. Nic dodać, nic ująć. Już wszystko w porządku. Już wszystko w normie. Dalej mogę pisać.

Czasami mi się wydaje, że życie jest bardziej kreatywne niż mi się wydaje. Podobno to ono pisze najlepsze scenariusze. Niestety, pod tym względem nieskromnie przyznam, że ja piszę lepsze. Chyba, że to jakieś czyjeś, inne życia są zdolniejsze? Moje natomiast wybiera szare, bure i oklepane, przewidywalne łańcuchy przyczynowo-skutkowe. Jak w starym, dobrym „Klanie”.

Znów zdawało mi się zbyt dużo. Ale na szczęście zyskałam względną odporność na ból po zderzeniu z rzeczywistością. Nie taki cyrk już widziałam. Jedyne, co może mnie zaskoczyć, to szczera, prawdziwa i bezinteresowna miłość. I dzwonek mojego telefonu.

Przynajmniej odblokowałam się ze śpiewaniem. Śpiewałam przez calutki tydzień.

Tak, będą kolejne Śpiewowpisy. Mimo wszystko. Mimo tego, że już mogę pisać. Być może zmieni się repertuar. Gdy mogę pisać, to mogę też śpiewać. A gdy nie mogę pisać, to mogę tylko śpiewać. Tak to jest mniej więcej.

Nie miałam prawa na nic liczyć przecież. Doskonale o tym wiedziałam. Ale to już tak jest, że człowiek wie, a jednak… <tutaj_wstaw_mem_z_nosaczem>

„Sound of silence”. To będzie wspaniały utwór na kolejny Śpiewowpis. Tak.

Tak w ogóle to ja uwielbiam „Klan”. Oglądam codziennie i cieszę się niezmiernie, że już wrócił po wakacjach kolejny sezon. Tylko, że w kanapę mnie wciska bardziej na Outlanderze. Taka tam różnica. Analogia. Wiadomo.

Trzeba płynąć dalej.

Verified by MonsterInsights