Astroprojekcja ósma
Szósta zero zero. „Wstawaj Anka, musisz schować do szafy kochanka!”. Zaczynamy!
Mrok, chłód. Mruczenie kota. Uchylone okno. Mróz wprasza się zbyt nachalnie do pokoju. Trzeba się ruszać. Czas ucieka.
Woda. Tak długo nie chce polecieć ciepła. Kolejny bieg do przodu. Wszystko w głowie rozplanowane, co do minuty.
Ciepła herbata z cytryną. Równo dwie kanapki, jak każdego dnia, niemal zawsze z tym samym.
Zęby, bo z zębami nie ma żartów. Makijaż, biżuteria, cała zbroja krok po kroku szczelnie umacniana.
Można wyjść.
Szybkim tempem, bo autobus nie zaczeka. Włączony bieg piąty. I jest. A tam ścisk, ale tyle można ciekawych rzeczy zaobserwować.
Raz dwa i przesiadka. Szybkim tempem, bo tramwaj nie zaczeka. Obroty rosną.
Udało się. Ostatnia prosta, karta na bramce i już wrota otwarte.
Tak wcześnie, a już tyle osób. Tak miło, tak przytulnie, tak przyjaźnie. Działamy!
Raz i dwa, akcja przygotowana. Jeszcze tylko kawa, ale kolejka do ekspresu. Kiedy ten czas minął, gdy tych kolejek się nie doceniało? Dziś to tak rzadkie i cenne zjawisko. Doceniam.
Uruchomiona maszyna, raz i dwa, aż nagle zahacza wzrok.
I wiadomość sentymentalna. Naprawdę aż do tego czasu? Naprawdę przez aż tyle czasu? Nie klei się bo i od początku nie kleiło z tym, co ogłoszone było. Dziewczyna? Serio? Nie wierzyłam i nic się nie zmieniło.
Czas na małą przechadzkę. Tak na wszelki wypadek. Wszystko się jednak zgadza. Każdy na swoim miejscu. Dokładnie według prognozy. Prawie.
Można rzucić się w wir kodu. Działa. Coś, co poprzedniego dnia skradło kilka godzin, nagle dziś rozwiązało się w pięć minut. Kocham i nienawidzę tej magii.
Intrygujący dialog. Błękitnie jest. Coś, co daje do myślenia. Coraz bardziej.
Impreza się zaczyna. Niespodziewanie akurat to miejsce jest wolne. Niby głód, a w zasadzie to nie chce się jeść. Charakterystyczne spięcie żołądka. Motyle? Nie wolno!
Wzrok. Ułamek sekundy. Ledwie zauważalne zbliżenie. Brązowo jest. I tak ciepło, jak po herbatce z imbirem.
Zmiana scenerii. Rach i ciach. Znów zrobiło się błękitnie. Tajemniczość i flow. Ktoś próbuje się mądrze włamać. Z wyczuciem. Dziwne. Dotąd niespotykane zjawisko.
Trzeba uciekać z tego balu. Biją norweskie dzwony. Szybko znów i znów w tłum.
Mróz jakoś tak złagodniał. Zasługa imbiru czy hakera? A co z tą wiadomością? Bez wyrazu. Bez odbioru.
Szkliste spojrzenie w pamięci. Jedno i drugie. Chwytam, jak chwile ulotne. Oglądam z obu stron i skrzętnie chowam pod zbroją.
I nagle jestem już z powrotem w swojej twierdzy. Łączę się w moim ukochanym języku. Produktywnie mija półtorej godziny. To uczucie głębokiej satysfakcji jest takie piękne.
Muzyka. Jeszcze więcej muzyki. I resztki łososia oraz awokado. I muzyka. A i jeszcze kadzidło, świece i szum zmywarki.
Jestem w tym punkcie. Spoglądam na zegar, bo znów czas się pospieszyć. Oczy same się zamykają.
To był magiczny dzień. A poprzedni w połowie przepłakałam. Lecz i to było piękne.
Kocham swoje emocje. I cieszę się niezmiernie rozkwitem skorpiona we mnie pomimo specyfików. I cieszę się, że Wenus przyszła do mnie. Uczę się żeńskiej energii. Tak mi w niej błogo.