Niechaj zacznę dziś od tytułu
Tak nietypowo. Chociaż bardzo typowo u mnie przy większych projektach. Tytuł to cel, kierunek. Narzuca formę treści i trzyma ją w ryzach. Swoją drogą, zaniedbałam swój większy projekt. Bardzo chciałabym wrócić do dawnego rytmu pięćset słów dziennie. Potrzebuję do tego jedynie dwudziestej piątej godziny.
Będzie dziś – tak dla odmiany – o uczuciach romantycznych. Tak, to był sarkazm.
Nie sądziłam, że ten temat boli mnie bardziej niż mi się wydaje. Skrzętnie ukrywam przed sobą ten ból i bezczelnie się okłamuję. A gdy tylko odrobinę go odsłonię, to zaraz się karcę za robienie z siebie ofiary. I tak właśnie siedzę w tej swojej dwudziestej piątej godzinie, w nocy, w półmroku, ze słuchawkami w uszach i zdaję sobie sprawę, że od rozwodu nie dałam sobie prawa na żal, smutek, złość ani żadną negatywną emocję dotyczącą mojego życia uczuciowego.
Moje życie uczuciowe jest zjebane i taka jest prawda. Nie mam się czym chwalić i nie ma sensu udawać, że dobrze się z tym czuję. Owszem, radzę sobie świetnie, jako singielka, ale do chujapana nigdy nie chciałam i nie chcę być sama.
Napisałam to. Napisałam to? Serio? Kurtyna.
Jestem silną i niezależną z kotem i tak dalej. Mężczyźni boją się do mnie podejść i zagadać bo mam pancerz albo odpala mi się druga skrajność – wchodzę w ich energię i na wstępie kastruję przejmując inicjatywę w super poważnym tempie.
Zdiagnozowałam się. Zdiagnozowałam się? Serio? Kurtyna.
Padł na mnie grom z jasnego nieba. Takiego silnego czegoś albo nigdy nie czułam albo zdążyłam już zapomnieć, że czułam. Nic się nie wydarzyło i nie wiem, czy się wydarzy. Zastanawiam się tylko nad jednym – co on ma w sobie aż tak zjebanego, że zauroczyłam się zaledwie po wymianie dwóch zdań i przez równo dziś tydzień nie mogę przestać o nim myśleć? Bo to coś musi być jakieś zjebane, gdyż mnie normalność i zdrowie nigdy nie przyciągały.
Ujawniłam swój tajny sekret. Ujawniłam swój tajny sekret? Serio? Kurtyna.
Wyczuwam, że to jest dżentelmen spod powietrznego znaku. Ma powietrzny wajb, ale taki bardziej wodnik lub bliźnięta niż waga. Może być ewentualnie strzelcem, bo strzelec jest według mnie najbardziej powietrzny z ognia. Jeśli to prawda, to wyjaśnia poprzedni akapit.
Chciałabym się pomylić. Z tym zjebaniem i tym powietrzem. Bardziej z tym pierwszym, bo to drugie może jeszcze uratować ascendent.
„Nic, nie musisz mówić nic. Odpocznij we mnie mnie, czuj się bezpiecznie. Pozwól kochać się. Miłość pragnie ciebie.”
Nie wiem, co robić. Czy coś robić, czy biernie czekać, czy zdusić to w sobie, by się nie rozczarować, czy pielęgnować bez żadnej gwarancji.
Te parę słów, spojrzeń, ta energia była taka piękna… To podejrzane krążenie w te i wew te. I te szkliste, niebieskie oczy…
Chyba nigdy nie przestanę mieć słabości wobec tego koloru.
Ten nieschodzący uśmiech z mojej twarzy, nad którym nie mogłam zapanować jeszcze długo i długo i długo… I nawet teraz.
Tak bardzo się boję, że po tym uśmiechu już za moment pojawią się łzy i rozczarowanie. Można by pomyśleć, że jakie łzy po wymianie dwóch zdań? A tak, taka jestem. Tak silne to jest. I tak – ja coś już poczułam, choć wydawałoby się to niemożliwe po tak krótkim czasie.
Ale oczywiście ja niczego po sobie nie pokażę. Będę płakać w poduszkę. W środku nocy. Po dwudziestej piątej godzinie.
Taki właśnie nadałabym teraz tytuł dzisiejszemu odcinkowi: „Dwudziesta piąta godzina”.
Przepraszam za przekleństwa. To tutaj rzadkość, ale no cóż – „to są emocje, a ja jestem jakaś pierdolnięta”.