Emocjonalne kamienie
Nienawidzę świąt. A tak naprawdę nienawidzę tych narzuconych ram, do których każdy musi się dostosować. Bo święta trzeba obchodzić w jeden, słuszny sposób. Zapomina się zupełnie o tym, co tak naprawdę ważne dla każdego z nas.
Dla mnie święta są wtedy, gdy mogę puścić ulubioną muzykę, serial, zjeść coś dobrego dla mnie, co może nie mieć nic wspólnego z tradycją. Gdy mogę usiąść spokojnie i niczym się nie przejmować. Gdy mogę przede wszystkim pospać, jak długo chcę i jak długo chcę łazić w piżamie po domu. Ale też wtedy, gdy mogę się wystroić i wyjść na miasto. Potańczyć, pobawić się ze znajomymi – niekoniecznie z rodziną, ale ludźmi, w których towarzystwie czuję się sobą i czuję się akceptowana taką, jaka jestem. Niekoniecznie tak jest z rodziną. W zasadzie rzadko tak jest.
Ta komercja, ten wyścig na choinki i pierogi, marnowanie jedzenia, męczenie ryb, ten wymuszony opłatek, bo tak wypada, ale każdy się tym krępuje. Nic dziwnego, że to się potem chętnie zapija wódką. Rzygam tym wszystkim.
Udawana atmosfera, idealizowanie siebie, wszystkiego wokół. Ze złożonymi rączkami marsz do kościoła, by chwilę potem zmieszać z błotem najbliższych. Fałsz, obłuda, wiara na pokaz, bo tak trudno logicznie pomyśleć i choć chwilę się nad tym wszystkim zastanowić. Rzygam tym i skręcam się w środku.
Tyle razy, ile przyjeżdżam do rodzinnego domu to widzę ten stres, by tylko stół się uginał i by mnie nakarmić po kokardkę. Nie raz celowo nic nie jem, choć jestem głodna, bo chcę pokazać, że nie przyjechałam tu, by się najeść. Gdy chcę się najeść to idę do restauracji, zamawiam pizzę albo sama coś gotuję. W święta to się tylko potęguje.
W tym roku nie wytrzymałam. Wróciłam do domu ledwie po śniadaniu pierwszego dnia świąt. Ojciec nie zostawił na mnie suchej nitki po prezencie, który jemu i matce sprawiłam. Zostałam przyrównana do zgniłych od lenistwa i pychy korposzczurów i biznesmenów. Moim prezentem pogardzono – w krzykach i histerii nasłuchałam się, że mam to zabrać, sprzedać, oddać komuś czy cokolwiek z tym zrobić. Nie powiedziałam ani słowa. Doznałam szoku. Potrafiłam jedynie na drugi dzień z rana się spakować i wyjechać.
To był bilet na bal sylwestrowy w luksusowym hotelu w centrum miasta. W zakresie było wykwintne menu, open bar z rozmaitymi rodzajami alkoholi, pokaz rewii tanecznej, toast o północy i przede wszystkim doskonała muzyka i zabawy przez całą noc. Matka, co roku żali się ojcu, że nigdy ją na sylwestra nie zabrał i rzeczywiście nigdy nie byli na podobnym balu. Pomyślałam, że to będzie strzał w dziesiątkę. Tym bardziej sobie pomyślałam, że skoro jestem singielką i nie pójdę na podobną imprezę to niech oni tego doświadczą, bo po prostu mogą. To nie był tani prezent. Mocno przestrzeliłam z budżetem, tym bardziej że wiele innych wydatków skumulowało mi się na koniec roku i to naprawdę nie była łatwa decyzja, by aż tyle pieniędzy wydać na ten jeden prezent. Ale uznałam, że to tylko pieniądze, one kiedyś wrócą, a wartość którą przyniosą będzie o wiele cenniejsza. Bo dam im niezapomniane przeżycie czegoś, na co sami zapewne by się nie zdecydowali.
I otrzymałam w zamian tę wartość – upokorzenie, dyskryminację, ból, niewdzięczność. Otrzymałam też powtórną lekcję, której do tej pory ciągle nie mogę przerobić – że za dużo od siebie daję nie otrzymując w zamian tego samego. Kolejni mężczyźni mnie szmacili, a ja dawałam z siebie więcej i więcej łudząc się, że w końcu zasłużę na ich uwagę, miłość i takie tam. Za każdym razem obrywałam, spadałam na dno, leżałam tam jak ta zużyta, podarta i ubłocona szmata. Potem się jakoś podnosiłam, zaszywałam rany i powtarzałam schemat. Tym razem powtórzyłam go w relacji z rodzicami, też zresztą nie po raz pierwszy. Znów się zapędziłam w ten kozi róg. Znów, kurwa, im bardziej ktoś jest niedostępny emocjonalnie, tym bardziej ja się staram i daję z siebie więcej. Bawię się w jebanego zbawcę, który chce wskrzeszać emocjonalne kamienie.
W tej chwili pogłaśniam muzykę.
I tak najważniejsze jest jedzenie. Dostałam dziś telefon, że mam do nich przyjechać, bo dobry obiadek i tyle jedzenia jest.
Czas się znów spakować. Tym razem na podróż bez powrotu. Uczę się języka i całkiem nieźle już się nim posługuję. Jest tylko jeden kierunek – północ. To tam jest mój dom. Prawdziwy dom. Czas rozpocząć nadchodzący rok od diametralnej zmiany, z którą zwlekam niepotrzebnie za długo. Szkoda życia, by żyć tam, gdzie cię nie chcą, nie akceptują i na ciebie plują.