Bańka
Już myślałam, że nigdy żaden kolor nie pojawi się na Wyimaginowanej. Już myślałam, że – a może nadal myślę, że…? Nieważne. Ważnym tematem jest nowy projekt. Projekt Ragnarok. Wywodzący się z najgłębszych traum dzieciństwa. Nadeszła pora na zmierzch. I świt zarazem. Na ostateczne unicestwienie tego, co nie służy oraz odrodzenie w nowym porządku.
W ciągu całego czasu trwania tego bloga usunęłam dwa wpisy już po ich publikacji. Pierwszym był ten słynny i podobno skandaliczny wpis z Dnia Kobiet sprzed niespełna dwóch lat. I żałuję, że go usunęłam, ponieważ nie zrobiłam tego czysto z własnej woli. Człowiek, który się do tego przyczynił jest u mnie skreślony już na wieki. Chociaż wybaczyłam – nie zapomnę nigdy. Jestem bykiem. I skorpionem. U mnie nie ma zmiłuj w takich sytuacjach. Choćby walił się świat.
A drugi wpis to całkiem świeża historia. I całkiem inna historia. To List do M. Nie podejrzewałabym siebie, że po tych wszystkich trudnych i przykrych doświadczeniach jeszcze się tak pomylę. Na szczęście zorientowałam się bardzo szybko i to jest właśnie efekt tych doświadczeń. Ostatecznie więc jestem z siebie dumna. Wpis usunęłam z własnej, nieprzymuszonej woli i z ogromną ulgą. Cieszę się, że postąpiłam zgodnie z tym, co opisałam w „Cesarzowi, co cesarskie”. Niezmiernie się cieszę! Daję sobie za to plus sto do bycia prawdziwą królową. Bo tak właśnie postępują królowe z paziami. W końcu trzeba oddać cesarzowi, co cesarskie.
Pomyślałam sobie dziś, jak pięknym, niezwykłym oraz magicznym momentem jest ten, w którym dwoje ludzi przełamuje tę kluczową ścianę między sobą i z obcych stają się nagle bliskimi. To jest taki krótki moment, kiedy w jednej godzinie rozmawiamy ze sobą po kumpelsku, jesteśmy jakby zamknięci w bańkach o średnicy, co najmniej metra, a potem dzieje się to coś, co sprawia, że zaledwie w kolejnej godzinie te bańki pękają i nagle się dotykamy, czujemy swoje ciepło, swój zapach, bicie swoich serc. Dziś to uczucie mam zapisane w pamięci, jako niemal święte – niezależnie od osoby, z którą tego doświadczyłam. Samotność skłania do doceniania takich chwil szczególnie. Gdy jest się w związku bardzo szybko to wspomnienie umyka, bo przecież potem dzieje się coraz więcej i coraz dalsze granice są przekraczane i to jest dużo bardziej ekscytujące. Ale przedtem zawsze jest ten jeden, cudowny moment, od którego zależy to całe wielkie potem. I ten moment wyjątkowo mocno się ceni po latach samotności, ponieważ wówczas on wydaje się być nierealny. Człowiek siedzi i się zastanawia, jakim cudem kiedyś te bańki popękały, skoro tymczasem od kilku lat nie można się doczekać tego zjawiska. To wydaje się być takie nieosiągalne. Tęskni się za tym i ciągle żyje w nas ta nadzieja, lecz rzeczywistość bezlitośnie ją weryfikuje każdego dnia, tygodnia, miesiąca, roku. I następnego roku. I następnych dwóch lat…
To takie zabawne, że w jednej chwili ludzie się krępują, pilnują, by nie powiedzieć albo nie zrobić czegoś za dużo, bo będzie katastrofa czy zadzieje się inny wymysł przestraszonego umysłu, a potem wydarza się jakaś magia i ci sami ludzie trzymają się za ręce. Magia postępuje, dwa organizmy zamieniają się w jeden na krótszy lub dłuższy czas i… potem zazwyczaj zachodzi jakaś inna, czarna magia, po której ci ludzie znów się krępują, pilnują, by nie powiedzieć albo nie zrobić czegoś za dużo, by nie rozpętać jeszcze większej katastrofy niż ta, która znikąd się pojawiła i spustoszyła ich życia.
Czy to ma sens?
Niniejszym wypływam dalej na pełne morze! Tym razem w nurcie Projektu Ragnarok. To nadal ta sama ja, aczkolwiek inna. I to nadal ta sama Kraina, aczkolwiek inna. Bo zmiana jest jedyną stałą.