Pani Byk
Autostrada, lewy pas, jedna ręka na kierownicy. Na liczniku sto pięćdziesiąt, sto sześćdziesiąt. Podłączony Spotify i ulubiona muzyka na głośności. Wysokie obcasy na nogach. Pełen makijaż, taki staranny wreszcie. Długie i szpiczaste paznokcie, pokryte żelem i hybrydą. Rozjaśnione włosy, obcisła i seksowna, ale jednocześnie wygodna sukienka z wyszukanymi akcentami w ulubionym, ziemskim, ciemnozielonym kolorze. I perfumy. Oto Pani Byk.
Kiepsko mi idzie w tym roku sezon skorpiona. Ciągle jeszcze bardziej nadaję w byczej wibracji. Czyżbym się ustabilizowała? Czyżby to był koniec mojej nieustającej manii i depresji? Ascendent siedzi na backstage’u i robi to, co wychodzi mu najlepiej – kieruje intuicją. Silniejszą niż zwykle. Również z lewego pasa. Czyżby wszystko wskoczyło na swoje miejsce?
Przy tym wszystkim przede wszystkim ciężka praca. Osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście. Trudno odejść wcześniej, a przed magiczną dwunastą godziną chroni resztka przyzwoitości. Dziwne, nocne godziny, które mogłyby być wykorzystane na twórczość. Mniejszą bądź większą. Tak jak teraz, chociaż i tak jedenaście godzin popłynęło z deszczem. Skąd mam tę siłę jeszcze?
Upartość. Uparłam się. Jak Pani Byk.
W jednym tylko moja upartość postanowiła odpuścić. W miłości. Tutaj nie da się na nic uprzeć. Nie uprzesz się, żeby cię ktoś pokochał. Jeśli czujesz, że musisz, to znak, że nie ma już miłości albo nie będzie albo nigdy nie było.
I jednocześnie wiem, że miłość do siebie nigdy nie będzie wystarczająca. Można być bardzo pewnym siebie, ale to nie będzie sto procent dopóki przynajmniej jedna osoba tego nie potwierdzi. Można sobie wmawiać bez końca, jakim to wspaniałym i pięknym się nie jest, ale to tylko nasz osąd. Potrzeba jeszcze weryfikacji, jakiegoś potwierdzenia. Inaczej łatwo pobłądzić. W tę bądź drugą stronę.
Pieśń Dawida w wykonaniu Kelly Family i sto sześćdziesiąt na liczniku. Tak, żeby do nieba wpuścili. A potem można pogłośnić „pasek Gucci, perfum Prada, a na nogach Balenciaga” i dobić jeszcze kilka, kilkanaście kilometrów na godzinę. Kocham ten stan.
Kocham tę swoją pojebaną historię. Szalony charakter. Tusz we krwi i kwas w ustach. Ups… tego miałam nie mówić! Kocham swoje artystyczne hobby i ścisłą pracę, nie raz po nocach bo wtedy najlepiej się myśli. Kocham te swoje dwa oblicza – mrocznego Skorpiona i sensualnej Pani Byk.
I wiecie co?
Obchodzi mnie, co myślą inni!
Z ciekawości.
Przecież i tak będę robić swoje.
Kto z tym nie wibruje – ten nie jest mój. I nigdy nie był i nigdy nie będzie.
Słucham tylko swoich ludzi.
I to tylko wśród nich można szukać dopełnienia, potwierdzenia, weryfikacji wielce racji.
Co moje – do mnie zawsze przychodzi.