Kraina Lodu i Ognia cz. V
Po niezwykłej sesji zdjęciowej Hiszpanów ruszyliśmy dalej w drogę. W góry. Tym razem nie podjeżdżaliśmy naszym busem aż tak stromo, bo i tak by się nie dało. Resztę szlaku musieliśmy przejść pieszo – i całe szczęście! Wspinając się coraz wyżej, za nami wyłaniał się coraz bardziej malowniczy widok na uchodzące do oceanu jezioro polodowcowe oraz na diamentową plażę. A przed nami? No cóż – po prostu Narnia!
Szliśmy lekko podmokłym szlakiem wśród mchu i traw. Wyobrażam sobie, jak bardzo musi tam być zielono latem. I wtedy od razu przypomniał mi się ten wikiński psikus – no bo jak to się stało, aby Islandię nazwać Krainą Lodu, a Grenlandię Krainą Zieleni, skoro jest dokładnie na odwrót? A przynajmniej, jeśli patrzymy na bogato porośnięte mchem islandzkie wzgórza latem. Najwidoczniej jakiś troll tutaj namieszał!
Nasz szlak do pewnego momentu biegł pod górę, aż nagle zaczął schodzić w dolinę. Tam czekała na nas przeprawa przez potok. Choć był on szerszy niż ten poprzedniego dnia, to jednak znacznie płytszy oraz bardzo ładnie usłany wygodnymi, dużymi kamieniami, po których można było komfortowo przeskakiwać. W porównaniu do przygody z poprzedniego dnia, tutaj odczuwaliśmy luksus. Następnie czekało nas już ostatnie, aczkolwiek najbardziej strome podejście. W pełnym słońcu, mimo dość niskiej temperatury i tak było za gorąco. Opłaciło się jednak wspinać, bo to co ujrzeliśmy na górze znów odebrało nam mowę. A mnie po raz kolejny w czasie całej wyprawy doprowadziło do wzruszenia. To miejsce to Fagurhólsmýri.
Ogromny kanion, do którego spływał wodospad. W blasku słońca otoczony był tęczą. Wzdłuż kanionu latały ptaki zakreślając ogrom przepaści. Wypowiedziałam w tym miejscu swoją modlitwę.
Kiedyś, ktoś odważny w jednej z poprzednich grup zgubił w tym miejscu plecak z dokumentami, pieniędzmi i wszystkim, co ważne. Chcąc sobie zrobić doskonałe zdjęcie, tak odważnie podchodził do krawędzi, że wypadł mu ten plecak i stoczył się prosto w przepaść. Nie było szans go stamtąd pozbierać. Nasz organizator przyznał, że od tego momentu ma traumę związaną z tym miejscem, ale i tak jego urok dalej go przyciąga.
My natomiast żartowaliśmy, że jeśli już trzeba byłoby umrzeć to właśnie tutaj, skacząc w tę przepaść. To byłaby na pewno nie byle jaka śmierć!
Po tych metafizycznych rozkminach przyszła kolej na plażowanie. Wróciliśmy do busa i ruszyliśmy w dalszą drogę. By plażowanie było plażowaniem i by jednak nieco bardziej zejść na ziemię, zatrzymaliśmy się pod sklepem monopolowym, co by na plażę wkroczyć, jak na dobrym all inclusive.
Na Islandii zasady, co do alkoholu panują bardzo podobnie, jak i w Norwegii czy Szwecji. Jest prohibicja. Alkohol dostępny jest do kupna wyłącznie w specjalnych sklepach monopolowych – akurat na Islandii nazywają się one Vinbudin (od razu mi się skojarzyło z nazwą „buda z winem”). Takich sklepów jest bardzo mało, mają ścisłe i wąskie godziny otwarcia, a i wybór trunków nierzadko jest ograniczony. W popularnych islandzkich sklepach spożywczych Bonus (coś jak nasza Biedronka) można, co prawda kupić piwo, ale ma ono zaledwie 2%. I tak uważam, że to niezła rozpusta w porównaniu do chociażby Norwegii, gdzie nawet takich lekkich piwek nie da się kupić gdziekolwiek poza Vinmonopolet (norweska nazwa jednak ładniejsza).
A zatem wstąpiliśmy całą hordą do „budy z winem” i każdy z nas chwycił za puszkę normalnoprocentowego piwa. Doprecyzowując – puszkę o pojemności 370ml, jedną, bo takowa w przeliczeniu średnio kosztowała 12-13zł. No tak, nie wspomniałam, że w krajach północy oprócz słabej dostępności alkohol jest również koszmarnie drogi. Tak oto uzbrojeni wkroczyliśmy na Black Beach, czyli słynną Czarną Plażę.
Szalone fale oceanu śmiało wbijały się na ląd i agresywnie odbijały o monstrualny, bazaltowy klif o charakterystycznym kształcie. Czarny piasek na tle szarego klifu i głęboko niebieskiego oceanu tworzył majestatyczny krajobraz. Rozsiedliśmy się na czarnych kamieniach, otwarliśmy nasze wikińskie piwa i podziwialiśmy ten cud natury, który budził w nas tak samo wielki zachwyt, jak i strach. Podobno ten klif to zamienione w kamień trolle. Zresztą, po drodze widziałam wiele skał i kamieni przypominających ludzi i tak właśnie sobie wtedy myślałam – czy czasem rozzłoszczone elfy nie zamieniły żywych istot w kamienie. Będąc na Islandii wszelkie wątpliwości, co do mocy i magii natury zostają w mig rozwiane.
Dzień powoli zbliżał się ku końcowi. Pogoda ciągle dopisywała, dlatego czekał na nas spektakularny zachód słońca. W związku z tym nasz organizator już miał w głowie niecny plan!
Ciąg dalszy nastąpi…