Kraina Lodu i Ognia cz. VI
Nim dotarliśmy do miejsca z najlepszym punktem do obserwacji zachodu słońca jeszcze mieliśmy po drodze kilka przystanków. Jednym z nich był kolejny lodowiec – Sólheimajökull.
Wysiadając z samochodu nasz lider coś wyciągnął z plecaka. To były dwie, małe torebki zasuwane na zamek. Podał je mnie. Nie miałam pojęcia, co to takiego, ale niosłam, skoro je dostałam. Kolega z grupy zapytał, co w nich jest, lecz ja nie dosłyszałam odpowiedzi. Nie wiem dlaczego, ale postanowiłam nie dopytywać. Pomyślałam, że to pewnie jakieś akcesoria fotograficzne. Gdzieś tam jednak tkwiła we mnie ciekawość, więc w pewnym momencie, idąc nieco w oddali od grupy postanowiłam rozsunąć zamek i zajrzeć do środka. Niestety, nie zdążyłam sprawdzić, bo zaraz ktoś się obok mnie zjawił. Zignorowałam więc temat i cieszyłam się widokami kolejnej górskiej ścieżki biegnącej wzdłuż polodowcowego jeziora i widząc przed sobą tego, który je uczynił.
Gdy doszliśmy do punktu z tablicą informacyjną dotyczącą lodowca nasz lider oznajmił, że dalsza droga niesie za sobą jakieś minimalne ryzyko utraty życia, ponieważ całkiem niedawno w tym miejscu stoczył się z góry głaz. Pokazał nawet filmik z tego wydarzenia. Lecz ja się w ogóle tym nie przejęłam. Jak i reszta dziewczyn. Dalszej wyprawy, poza naszym liderem, odmówili pozostali panowie oraz chyba tylko dwie panie. Rzuciłam tylko tekstem „kto umrze, ten umrze!” i ruszyłam żwawo wraz z równie mocno rozentuzjazmowaną babską paczką.
Nie pierwszy zresztą raz wypowiedziałam ten cytat podczas tej wyprawy.
Co interesujące, te moje tajemnicze dwie torebki pozostawiłam na kamieniu wraz z tymi, którzy postanowili na nas zaczekać.
Przeszliśmy następnie kawałek, gdzie istnieje ryzyko toczących się głazów i szczęśliwie, elfy postanowiły żadnego na nas nie zrzucać. Ja wiem w głębi duszy, że to po prostu dlatego, iż elfy są kobietami!
Potem stanęliśmy przed kolejną tablicą informacyjną, która mówiła o tym, że teraz dalszy szlak wiedzie wprost na lodowiec i że nie wolno tam wchodzić bez kasku, raków oraz specjalnie przeszkolonego przewodnika. Dlatego właśnie, nie spełniając żadnego z kryteriów – może poza przewodnikiem, bo nasz lider był tam tyle razy, że życie go wystarczająco wyszkoliło – poszliśmy dalej.
Z początku nie rozumiałam o co chodzi. Lodowiec był przybrudzony czarnym piaskiem i bardzo stabilnie się po nim szło. Z czasem jednak zaczynałam rozumieć. Piasek się przerzedzał, a tuż obok wąskiej ścieżki koszmarnie głębokie i wąskie szczeliny. Wyżłobione na kilka metrów. Wtedy zobaczyłam oczami wyobraźni, jak łatwo można się tam ześlizgnąć i zwyczajnie utknąć. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że można byłoby się z takiej szczeliny wydostać. Nie było widać w nich dna. Wyglądały, jak studnie z najgorszych koszmarów klaustrofobików
W tym momencie znów poczułam, jak sztywnieją mi nogi i serce podchodzi do gardła. Zupełnie tak samo, jak wtedy przed skokiem przez rwący potok.
Szłam jednak powoli i bardzo, ale to bardzo ostrożnie w szeregu jeden za drugim. Wspięliśmy się w końcu na dość szeroki grzbiet, gdzie można było porobić cudowne zdjęcia. Słońce już było całkiem nisko dodając uroku chwili. Bałam się trzymać telefon, ale nie mogłam pozwolić, by ten strach odebrał mi uchwycenie wspomnień. O dziwo, mniej się bałam dać telefon drugiej osobie, by zrobiła mi zdjęcie.
I tak oto skolekcjonowaliśmy swoje wyjątkowe ujęcia. Mało tego, jedna dziewczyna znalazła jeszcze węższy grzbiet, na którym postanowiła usiąść tworząc tym samym bardzo oryginalny punkt oraz pozę do zdjęć. Niestety dojście tam, usadowienie się oraz powrót były w mojej ocenie już bardzo ryzykowne. Dziewczyny jednak śmigały zainspirowane jedna po drugiej. Narzeczona lidera w końcu zapytała mnie, widząc, jak stoję sztywno z boku, czy teraz nie chciałabym tam pójść i przyjąć tę samą pozę do zdjęcia. Ja odmówiłam, nie czułam się na siłach, a i byłam już dość usatysfakcjonowana ze zdjęć, które miałam. Ona na to odpowiedziała ochoczo: „nie bój się, ja cię tam zaprowadzę i posadzę!”. Rozbawiło i rozczuliło mnie to totalnie, lecz mimo wszystko nie zaryzykowałam. I mimo wszystko nie żałuję.
Miałam już wtedy w głowie wizję powrotu. Tym razem przecież trzeba było schodzić tą wąską ścieżką tuż przy strzelistych przepaściach. Jeden niestabilny ruch i mogliśmy wszyscy zjechać, jak na sankach wprost do niebytu. Udało nam się jednak doczłapać do wyjścia. A potem ponownie przejść wzdłuż skalnej ściany z głazami. I znów elfy okazały nam łaskę.
Kiedy tylko dołączyliśmy do ekipy, która czekała na nas w bezpiecznym miejscu, zaczęliśmy wracać do samochodów. Po przejściu paru kroków lider pyta mnie: „Ania, a gdzie raki?”. I wtedy zrozumiałam… W tych torebeczkach były właśnie raki… Cofnęłam się szybko do kamienia, na którym je zostawiłam i zabrałam ze sobą. Nie jestem w stanie pojąć tego zaćmienia umysłu, które mnie ogarnęło. Mogę chyba tylko to zrzucić na retrogradację Merkurego, która w owym czasie miała miejsce.
Tak oto po raz pierwszy w życiu wlazłam na lodowiec. Bez raków.
Ciąg dalszy nastąpi…