Kraina Lodu i Ognia,  On The Bright Side of Life

Kraina Lodu i Ognia cz. VII

Zmęczenie już powoli dawało się we znaki, lecz mimo tego wszyscy byli zapaleni, jak małe dzieci, by zobaczyć, jak najwięcej. Czekaliśmy niecierpliwie na to magiczne miejsce, gdzie zachody słońca na Islandii są najlepsze.

Zatrzymaliśmy się pod ogromnym i mrocznym wodospadem – Skógafoss. Im bliżej się niego podchodziło tym większy mrok nastawał i tym więcej wody na nas leciało. W zasadzie można było dojść maksymalnie na jakieś pięćdziesiąt metrów od niego, a i tak człowiek został nieźle zmoczony. Bliższe podejście byłoby już równoznaczne ze wskoczeniem do wody i nawet membrany naszych outdoorowych kurtek o kilku tysiącach jednostek wodoszczelności nie dałyby rady. Zdjęcia za to wyszły wspaniałe i dodatkowo w aurze tajemniczości.

Zrozumiałam dopiero tam pod tym wodospadem, gdy zdążyłam nieźle zmoknąć, skąd wzięła się jego nazwa. Skojarzyłam z norweskiego, że skog to las, a zatem jeśli i w islandzkim jest podobnie, to oznaczałoby, że wodospad nazywa się leśnym wodospadem. Ale jedno się nie zgadzało – tam nie było żadnego lasu. Ba, nawet jednego drzewka, jak to zazwyczaj na Islandii. I tak naprawdę wcale nie musiało być, bo właśnie im bliżej podchodziło się do wodospadu, tym bardziej szło się poczuć, jak w ciemnym lesie.

To jednak nie Skógafoss był naszym miejscem na upolowanie zachodu słońca. Był nim inny wodospad, jeszcze bardziej spektakularny – Seljalandsfoss. Jego widok już z daleka odejmował mowę, ale gdy wdrapało się po mokrych kamieniach na półkę skalną tuż za nim, to w mig zrozumiałam, dlaczego to tak spektakularne miejsce. Warte wszelkiego przemoczenia.

Zza wodospadu roztaczał się bajeczny widok na zazieleniałe od mchu skały i polany. A na horyzoncie oto i ono – zachodzące Słońce wpadające do oceanu. Cały obraz stanowił idealną kompozycję kolorów – czerń, zieleń, złoto, błękit i pomarańcz, które wzajemnie się przenikały i mieniły na kilka odcieni. I do tego ta wodna bryza oraz szum. To był moment, w którym zaczęłam się na poważnie zastanawiać, czy ja jeszcze żyję i czy na pewno jestem nadal na Ziemi.

A to nie był koniec moczenia. Po baśniowej sesji zdjęciowej ruszyliśmy kawałek dalej, gdzie znajdowała się grota. W jej środku lał się kolejny wodospad, ale najpierw trzeba było ostrożnie, przytulając się do skalnej ściany, przedostać się częściowo po wodzie i śliskich kamieniach do jaskini. O dziwo poszło mi to całkiem sprawnie i spokojnie. Nauczona już respektu do natury wiedziałam, że można jej zaufać jeśli tylko szanuje się jej potęgę oraz własne możliwości.

Zbytnia nonszalancja może się niespodziewanie źle skończyć. Nawet u najbardziej doświadczonych i wysportowanych. Tak też się niestety stało z naszą koleżanką z grupy. Gdy już wychodziła z jaskini i pozostał jej zaledwie ostatni kamień, to jakaś taka rozbawiona i chyba zbyt pewna siebie nagle straciła równowagę i wylądowała do pasa we wodzie. Fartem ocalały sprzęty i dokumenty, ale niestety zamoczone spodnie i buty skutecznie odebrały jej humor do końca tego dnia. Jak się potem okazało – także i następnego, bo buty nie zdążyły wyschnąć.

A kolejny dzień to już ostatni. Dzień odlotu i zwiedzenia stolicy – Reykjavíku. Zatem o tyle dobrze, że najbardziej zapierające dech atrakcje dane jej było zobaczyć i doświadczyć komfortowo.

Nim jednak dojechaliśmy do Reykjavíku to przejechaliśmy przez park narodowy Þingvellir. I nie, to wcale nie była mniej jakościowa atrakcja. Ale dało się odczuć w grupie obniżone nastroje z kilku powodów. Po pierwsze – jednak dotknęło nas zmęczenie po bardzo intensywnym poprzednim dniu. A po drugie – chandra związana z wyjazdem. Że to już. Tak, jak dzieci się ze wszystkiego cieszyliśmy, tak na koniec również, jak dzieci smuciliśmy się powrotem do Polski.

Natomiast sam Þingvellir to miejsce mistyczne. Miejsce styku dwóch płyt tektonicznych – europejskiej i amerykańskiej. Taka granica naszych kontynentów. I rzeczywiście widoki w tym miejscu były niewyobrażalne. Wielkie połacie skalnych szczelin, kanionów, poprzecinane wodospadami, rzekami i jeziorami. To w tym miejscu swoją letnią siedzibę ma premier i nic w tym dziwnego. W końcu to jedno z dziedzictw światowych na liście UNESCO. O ile się nie mylę to moje drugie cudo z listy UNESCO, które odwiedziłam. Pierwszym był fiord Geiranger w Norwegii, odwiedzony przeze mnie nawet dwa razy. Chcę więcej!

Powolnym krokiem trzeba było się ładować do samochodów i ruszać w stronę stolicy. I tak dobrze, że nasz odlot był dopiero o 20:45. Zdążyliśmy przez ten czas jeszcze trochę połazić po mieście, pogłaskać kota Ofelię na wystawie jednego ze sklepów z pamiątkami oraz zjeść porządnego burgera i popić porządnym, wikińskim piwem. Zdążyliśmy również nakupić parę drobiazgów na pamiątkę, ale musiałam się ograniczać ze względu na pękający w szwach podręczny. I tak nie spakowałam wszystkiego, część rzeczy miałam w osobnej, małej torebce i bezczelnie zamierzałam dokonać zakupów na lotnisku, by dostać legalną torbę, w której mogłabym to ukryć.

Reykjavík oraz ogólnie Islandia zadziwiła mnie swoim bardzo żywym, wikińskim kultem. W sklepach z pamiątkami można było wybierać i przebierać w runach oraz odzieży czy gadżetach z motywami Wikingów oraz mitologii nordyckiej. Byłam w raju! W Norwegii tego naprawdę nie było aż tyle i z tego powodu ubolewam. Bindruny, które mam wytatuowane czyli Aegishjalmur oraz Vegvisir biły tam po oczach niemal z każdej strony. Pojedyncze runy można było kupić na naszyjnikach, bransoletach oraz pod wieloma innymi postaciami. I to cały alfabet, a nie tylko te najpopularniejsze, jak chociażby Fehu. Nie jestem w stanie wyrazić dumy, którą czułam, gdy tłumaczyłam moim koleżankom z grupy, co dana runa oznacza i jakie magiczne właściwości jej się przypisuje. Byłam ich przewodnikiem po nordyckiej magii!

Oczywiście zakupiłam runy dla siebie. Nie zdradzę, jakie, ale zdradzę tylko tyle, że jedną z nich nosiłam swego czasu na naszyjniku. Było to w okresie mojego rozwodu – by dodała mi wsparcia i ochrony w tym trudnym czasie. Niestety, krótko po rozwodzie, w chwili, kiedy myślałam, że jestem na prostej i teraz w końcu będę żyć szczęśliwie, zgubiłam łańcuszek z tym naszyjnikiem. Nie byle jaki. Runa była duża i w złotym kolorze. Jakież było moje zdziwienie, gdy teraz i tutaj, w stolicy Islandii ujrzałam w jednym ze sklepów identyczną runę! Tak samo dużą i złotą, jednak tym razem na bransolecie. Nie mogłam jej nie kupić. Wiem, że to jest jakiś znak od Wszechświata.

Dodam, że po zgubieniu naszyjnika zaczęłam przechodzić przez piekło gorsze niż rozwód i cała jego otoczka. Może teraz wreszcie się to skończy…

I tak oto nasz czas w mieście dobiegł końca i musieliśmy pojechać na lotnisko w Keflaviku. Po drodze, z daleka widzieliśmy ciągle niespokojny buchający gęstą parą i wylewający lawę wulkan, który od listopada odciął od życia miasteczko Grindavik powodując katastrofalne zniszczenia. Zdecydowanie jeszcze za wcześnie by do niego podchodzić, więc co najwyżej mogliśmy na niego popatrzeć przez okno jadąc po autostradzie. Przerażający był to widok oraz świadomość, jak w sumie on jest niedaleko stolicy i lotniska. Stąd właśnie miałam przed wyjazdem obawy, czy zdołam wrócić. Jeśli elfy i wulkan zadecydowałaby, że odetną jedyne w kraju publiczne lotnisko, mogliby to zrobić jednym, lekkim ruchem.

Z pewnością ta wyprawa zapisała się głęboko w mojej świadomości, na duszy i w sercu. I choć z lekkim bólem, ale jednak muszę to przyznać – Islandia zrobiła na mnie większe wrażenie niż moja ukochana Norwegia. Mam nadzieję, że dane mi będzie polecieć tam ponownie i mam nadzieję, że z równie wspaniałym towarzystwem. Tak się z początku bałam lecieć sama, z obcymi, w nieznane… A okazało się i to prędzej niż myślałam, że poleciałam z rodziną do domu.

Jestem wzruszona ze szczęścia. I naładowana pozytywną energią, jak niejeden islandzki wulkan!

Verified by MonsterInsights