Człowiek, który mnie czyta
Na moim palcu połyskuje złoty pierścionek i ślubny manicure. Bo tak chciałam. Bo mam wszystko mając siebie. Nie muszę się ograniczać. Nie muszę stronić od tego, co zarezerwowane dla par.
Jakże to pociesznie wygląda na mojej liście zakupów – tytuł oferty „pierścionek zaręczynowy”. Jakie to wyzwalające tak sobie po prostu kupić pierścionek. Zaręczynowy! Wybrałam taki, który najbardziej mi się podobał. Z takimi kamieniami, jakie preferuję pod kątem wibracji względem mojego kosmogramu i takie tam. No który facet, by na to wpadł i kupił równie dobrze dopasowany pierścionek?
A ślubny manicure? Nie, wcale się tak nie nazywał, bo wtedy zapłaciłabym za niego dwukrotnie. Po prostu kazałam sobie zrobić białe paznokcie z delikatnie brokatowym topem. Piękne, klasyczne i praktyczne, bo nie będzie się na nich odrost za bardzo wyróżniał. O to tak naprawdę mi chodziło, gdyż muszę w nich pochodzić nieco dłużej ze względu na pewne plany. Pasują do tego pierścionka idealnie!
Czasami się zastanawiam, czy to moje wyzwolenie mi nie szkodzi. Rozpieszczam siebie, daję sobie to wszystko, co tylko mogę. Również to, co zazwyczaj dostaje się będąc w związku. W tej sytuacji w jakim ja związku będę chciała być, skoro tak wysoko stawiam poprzeczkę dając sobie już to wszystko, co daje związek?
Hm, może po prostu w związku partnerskim? Bo przecież nigdy w takim nie byłam. Zawsze to ja dawałam więcej. Dźwigałam wszystko, jak ślimak swoją skorupę.
Tkwiłam w relacjach wyzyskujących. Toksycznych. Nie wiem, jak wygląda partnerski. Ale jestem bardzo ciekawa. I jestem żądna duszy drugiego człowieka. Nie zaimponują mi żadne materialne aspekty i gadżety. Bo takie to sama sobie załatwiam. Jako pani byk doskonale to potrafię. Jestem żądna charakteru. Człowieka, który wie kim jest, czego chce i do czego dąży. Człowieka, który nie boi się żyć, nie marnuje okazji i nie zastanawia się dwa razy. Człowieka, który ma wyczucie, intuicje, inteligencję emocjonalną i rozumie, że strach jest największym złem tego świata.
Człowieka, który mnie czyta.
Miałam taką fajną filozoficzno-duchową rozkminę, która zaświtała mi w tym tygodniu. Niestety, nie starczyło mi sił, aby siąść do pisania i uchwycić ją natychmiast. A potem ona jakoś tak uleciała. Zaczęłam teraz pisać z nadzieją, że ona przyjdzie z kolejnym akapitem i perfekcyjnie wtopi się w ten pierścionkowy wstęp. Ale nie przyszła. No cóż.
Trudno mi egzystować, kiedy wstaję codziennie o szóstej trzydzieści, w porywach o siódmej, kładąc się spać o pierwszej. A taki ten tydzień był. Nie potrafię wcześniej iść spać i nie potrafię wstawać wcześniej niż o jedenastej.
Znów złapałam się na tym, że moja intuicja pokazała mi czystą prawdę, a ja jej nie dowierzałam do końca. Pewnie dlatego, że ta prawda była dla mnie niewygodna. Muszę i chcę popracować nad tym, aby bardziej sobie ufać i bardziej otwierać się na rozmaite rodzaje prawd. Moja intuicja to coś z czego jestem niezmiernie dumna. Ona jest naprawdę silna i prowadzi mnie, jak mapy Googla.
Muszę i chcę udoskonalić czytanie siebie samej. Tak, by lepiej rozróżniać własne strachy od niskiej energii z otoczenia. Aby lepiej odróżniać ostrzeżenia od tego, co się na pewno wydarzy i nie będzie przyjemne.
To uczucie jest tak bardzo kosmiczne, kiedy na myśl o czymś lub o kimś widzisz wręcz wizję tego, co nastąpi lub co dana osoba myśli, a potem to się po prostu dzieje. Dowiadujesz się o kimś tego, co przeczuwałeś. Aż przechodzą dreszcze. Dreszcze podziwu do samego siebie z jednoczesnym pytaniem w głowie „ale przecież to wiedziałaś i czemu nie do końca temu ufałaś?”.
To pytanie jest najtrudniejsze. O czym ono tak naprawdę świadczy? O tym, że miało się nadzieję, czy może o braku zaufania do samego siebie? Oby pojawiało się tylko w związku z tą nadzieją.