Magiczne Południe: część pierwsza
No i co, no i co, no i co? Ja miałabym nie pojechać do Maroka? Ja? Serio? Oczywiście, że pojechałam! Musiałam wziąć na klatę konsekwencje swojego pijaństwa, wyjść ze strefy komfortu, pokonać strach, który jest najgorszym złem tego świata oraz nasycić swoją ciekawość. I to była jedna z najlepszych decyzji mojego życia!
Do tego stopnia, że w dwa dni po powrocie jestem ciągle tak bardzo emocjonalnie rozbita, iż kompletnie nad tym nie panuję. I jest to zlepek całego wachlarzu bardzo ważnych emocji, w tym również tych romantycznych, ale o tym później. O ile w ogóle uda mi się je godnie opisać. Znaleźć dla nich właściwe słowa…
Póki co, zacznę od początku.
Gdy nastał dzień wylotu byłam tak bardzo przerażona, że na poważnie rozważałam opcję, by po prostu nie pojechać na lotnisko i pozwolić, by pieniądze przepadły. To takie przykre, że ten strach wynikał wyłącznie ze złych przekonań i stereotypów, którymi prano mi mózg przez lata. Bo kraj muzułmański nienawidzi kobiet, bo Afryka jest zacofana, bo wszyscy będą chcieli mi tam zrobić krzywdę. Bo samotna kobieta w kraju muzułmańskim jest skazana na wszystko, co najgorsze. Tłumaczyłam sobie, że to tylko stereotypy. Te same, przez które tak często cierpiałam. I co, teraz miałabym wymierzać tę samą broń wobec innych? Kontynuować to szaleńcze błędne koło? Nie. Nie! Dość!
Na lotnisku zrobiło mi się raźniej, gdy tylko zobaczyłam, że w kolejce na odprawę do Agadiru czeka tylu ludzi. Tylu ludzi z naprawdę pozytywnymi wibracjami. Szybko wymieniliśmy ze sobą parę zdań, żartowaliśmy. Pomimo tłumów, wszystkie kolejne kontrole poszły sprawnie i nim się obejrzałam już siedziałam na skrzydle, a samolot zaczął kołować. Nadal jednak w mojej głowie nie było całkiem kolorowo. Przez ponad cztery godziny lotu przenikały przeze mnie niecenzurowane myśli: „Maroko? Serio, kurwa?”, „Co ci odjebało?”, „Ja pierdolę, co ja robię?”.
Zaczynamy się wreszcie zniżać do lądowania. Widzę w dole przepiękne góry Atlasu. I pustynię. I drzewa arganowe. I plantacje bananów pod wielkimi, białymi płachtami. Krajobraz zupełnie mi nieznany. Uświadomiłam sobie, że zaraz wyląduję na innej planecie. To już nawet druga, inna planeta w tym roku. Mam rozmach, nie ma co!
Po opuszczeniu pokładu poczułam całkiem rześkie powietrze, co było dla mnie zaskoczeniem. I ujrzałam barwny budynek portu lotniczego. Oraz palmy. I uśmiechniętych ludzi z obsługi lotniska. Uspokoiłam się. Spodobało mi się. Za chwilę kontrola paszportowa. Orientalny zapach w budynku lotniska jeszcze bardziej rozluźniał. Celnik spojrzał na mnie przenikliwie, ale niegroźnie. Wbił wizę i oto wrota Maroka stanęły dla mnie otworem. Tak bardzo martwiłam się o walutę, ale lotniskowe kantory same nawoływały ludzi, by przyszli sprzedać swoje Euro za Dirhamy. Jak i punkty operatorów komórkowych. Ja jednak skorzystałam z karty eSIM, którą sobie wykupiłam i skonfigurowałam jeszcze w Polsce. Zadziałała bez najmniejszego problemu i mogłam się cieszyć nielimitowanym internetem mobilnym przez cały tydzień pobytu.
Jeszcze nim wyszłam z gmachu lotniska poznałam inną samotną podróżniczkę w podobnym wieku. Szybko przeszłyśmy na „ty” i usiadłyśmy razem w autokarze, który miał nas zawieźć do hotelu w Agadirze. Byłam wreszcie spokojna. Po raz pierwszy w tym całym dniu.
W drodze przyglądałam się, jak wygląda Maroko i jego mieszkańcy. Ujrzałam rozmaite skrajności. Co tu dużo kryć – obrzeża miasta wyglądały bardzo biednie, ale to też zapewne z powodu niedawnego trzęsienia ziemi. Pomyślałam sobie wtedy, że żyjemy w bardzo bogatym kraju i nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Poczułam wzruszenie i ogrom współczucia.
Gdy natomiast dotarliśmy do dzielnicy turystycznej, moim oczom wyłonił się zupełnie przeciwny obraz. Kurort na miarę jakiegoś Miami, chociaż nigdy nie byłam w Miami. W zmierzchu jaśniał nad miastem świecący na wzgórzu napis po arabsku: „Bóg, naród, król”, a na ulicach tłumy, pootwierane sklepy, muzyka i tętniące życie. I potworne korki, przez które dojechaliśmy na tyle późno, iż ledwie udało nam się zdążyć na kolację.
Pamiętam, że coś tam przełknęłam, ale od nadmiaru wrażeń i zmęczenia nie byłam specjalnie głodna. Uderzyła mnie też względna czystość na stołówce, lecz pomimo mojego dość wysokiego pedantyzmu nie ruszało mnie to. Myślę, że to głównie przez wysokie wibracje, które czułam od miejscowych ludzi. Może i nie są królami czystości, ale są szczerzy, mili oraz bardzo gościnni. Takie to rzadkie w moim świecie.
Potem rozgościłam się w swoim pokoju i zległam do spania. Byłam bojowo i pozytywnie nastawiona na tę przygodę, która właśnie się zaczęła. Otwarłam się i zapragnęłam chłonąć to doświadczenie całą sobą.
Ciąg dalszy nastąpi…