Magiczne Południe

Magiczne Południe: część druga

Poranek rozpoczęłam od marokańskiego dobra narodowego, jakim jest zielona herbata z miętą i toną cukru. Parzona w pięknym, srebrnym imbryku i nalewana rytualnie z góry do malutkich szklaneczek. Ja niczego nigdy nie słodzę, ale ta herbata naprawdę mi smakowała i była zaskakująco orzeźwiająca. Z czasem i wzrostem temperatur coraz lepiej rozumiałam, dlaczego jest tak słodka.

Po śniadaniu szybko dopakowałam rzeczy do walizki, wymeldowałam się z pokoju i pomknęłam na zbiórkę. To był ten moment, kiedy zaczynałam poznawać swoją grupę. Ludzi, z którymi przez najbliższy tydzień przyjdzie mi dzielić dolę i niedolę. Kimkolwiek by oni nie byli, jedno wiedziałam na pewno – staną się teraz moją przyszywaną rodziną.

Najpierw jednak należało rodzinę należycie usadzić w autokarze. Trafiło mi się miejsce przy oknie. Pomyślałam, że mam niezwykłego farta! Wykupiłam tę wycieczkę tak spontanicznie oraz w tak szalonych okolicznościach, że nie spodziewałam się łaski losu. Tymczasem dosłownie – trafiło się kurze ziarno. Jak się później okazało, to nie było jedyne ziarno. I na pewno nie największe.

Zapakowani, usadzeni oraz pozytywnie nastawieni wyruszyliśmy w trasę. Po drodze ukazywały nam się coraz bardziej pustynne krajobrazy. Kiedyś sądziłam, że w pustyni nie ma nic ciekawego. Lecz gdy zobaczyłam jej żywioł, dzikość oraz barwy poczułam te same dreszcze, co na widok fiordów, morza, agresywnego oceanu na Islandii, rozmaitych pasm górskich, wodospadów albo krateru wulkanu. Znów usłyszałam głos natury mówiący, że jesteśmy tutaj tylko gośćmi. I musimy się należycie zachowywać.

Niezwykłą atrakcją po drodze było stado wielbłądów. Tak po prostu szło sobie przy drodze i podgryzało jakieś krzaki. Dla nas szok, a dla miejscowych widok równie ekscytujący, co wypasające się na polu stadko krów. Byłam totalnie rozłożona. Im jestem starsza tym bardziej rozczulam się nad widokiem jakiegokolwiek zwierzęcia, czy nawet owada. Nie mam już nawet sumienia zabijać pająków w domu. Ba, czuję się tak miło, kiedy od jakiegoś czasu spotykam regularnie jednego na oknie mojej sypialni i jest on drugim stworem po moim kocie, który wita mnie rano. Moja samotność jest dzięki temu bardziej znośna.

Po paru godzinach dojechaliśmy do pierwszego miasta na naszej wycieczkowej trasie. Był to Taroudant otoczony majestatycznymi murami, po których mogliśmy się później przespacerować. Nasza wspaniała pani pilot powiedziała nam, że wszyscy, którzy zwiedzają Maroko obowiązkowo odwiedzają Marrakesz czy Fez albo Casablancę, a mało kto odwiedza Taroudant i jest to błąd, bo to kolejne na mapie tego kraju warte zobaczenia miasto. I zgadzam się z tym w całej rozciągłości. Już na wstępie powitał nas uroczy pomnik marokańskiego czajniczka do parzenia herbaty. A potem udaliśmy się na tamtejszy souk, czyli bazar. Jego mnogość kolorów, zapachów, rozmaitych przedmiotów oraz nawołujący kupcy – urok nie ustępujący Marrakeszowi.

Zobaczyłam tony daktyli i przypraw usypanych w wysokie piramidki. Zastanawiam się do dziś, jak im się udało to tak ładnie usypać w tak idealne stożki? I owoce. Dziesiątki kilogramów świeżych, egzotycznych owoców. Melony, pomarańcze, opuncje, arbuzy, banany. Rzucił mi się w oczy jeden pan na straganie z melonami, który miał koszulkę z napisem „Norge”. Tak bardzo trafił w moje serce!

Spacer po takim bazarze był dla mnie niezłą dawką wrażeń. Mogłabym to porównać do naszych lokalnych ryneczków, lecz tutaj to zdecydowanie było bardziej wyraźne, bogatsze i kolorowe.

Nie mogliśmy zostać w Taroudancie na dłużej, bo przed nami kolejne setki kilometrów. Po tych barwnych doświadczeniach wyruszyliśmy dalej w głąb kraju. I znów pustynia, gdzieniegdzie i od czasu do czasu poprzecinana drzewami arganowymi. Raz bardziej płasko, za chwile kamieniście i górzyście. Temperatura zaczynała swawolnie dobijać do czterdziestki. Oceaniczna rześkość Agadiru już była dawno za nami. To były te momenty, kiedy mniej cieszyłam się ze swojego miejsca przy oknie. Bo widok monotonny, a za to palące promienie słońca wdzierające się bezczelnie przez szybę.

Nie jednak aż tak świetliste. Niebo nad Marokiem jest jakby przykurzone. Ma szaroniebieski odcień, przyćmiony pustynnym piaskiem. Coś podobnego widziałam kiedyś i u nas w Polsce, gdy to silne wiatry afrykańskie przywiały nam piach znad Sahary. Tutaj w Maroko tak mają na codzień.

Po kolejnych godzinach drogi wypadało zatrzymać się na stacji. Ta jednak była osobliwa. To słynna, horrorystyczna Gas Haven, gdzie kończy się świat. Stacja będąca planem filmowym rzeczywiście sieje grozę. Główki lalek zawieszone na uschniętym drzewie niczym bombki na choince to tylko mała namiastka tego klimatu. Mimo jednak wszystko humor miałam rewelacyjny!

Ostatnim punktem naszego programu była kazba Ait Ben Haddou, czyli kolejne miejsce związane z kinem, ale przede wszystkim punkt na światowej liście UNESCO. Jest to ufortyfikowana osada na wzgórzu. Czas w tym miejscu, jakby się zatrzymał na paru wiekach wstecz. Niektórzy ludzie mieszkają tam do dziś, w glinianych izdebkach. Widok tak samo zadziwiający, co jednak nieco przerażający. Szczególnie biorąc pod uwagę ekstremalne temperatury. A tu tak trzeba po tych kamiennych schodach się przemieszczać, kryć w małych i dusznych pokoikach przed palącym słońcem. I do tego znosić najazdy turystów bądź ekip filmowych!

Niestety, moje ciało odmówiło posłuszeństwa i nie byłam w stanie wdrapać się na samą górę osady. Weszłam może gdzieś do połowy wysokości. Najzwyczajniej w świecie brakowało mi tlenu. Gdy chodzi się w temperaturze czterdziestu pięciu stopni to tak, jakby trzymać głowę w rozgrzanym piekarniku. Zeszłam więc po niedługim czasie na dół i skryłam się w kawiarni, w której odpoczywało już parę osób z grupy. Ujrzałam u nich na stolikach zimną colę, a na tarasie kawiarni uruchomione były zraszacze pod zadaszeniem. Nigdy w życiu nie czułam większego apetytu na colę niż wtedy. Woda mnie już nie poiła. Za to ta słodka, zimna cola okazała się być wybawieniem tej podróży! Bo cukier krzepi. W takich warunkach naprawdę wyraźnie się daje to odczuć. Wystarczyło parę łyków, abym poczuła, że mój mózg myśli, a płuca oddychają.

A potem od słowa do słowa i zapoznałam się z kolejnymi babkami z grupy. Również samotne podróżniczki. Zarówno na tej wyprawie, jak i w życiu. Rozwódki z tak samo ciężkimi historiami za sobą. Ale już za sobą i to był nasz najważniejszy wniosek z tej zapoznawczej rozmowy. Teraz jest tu i teraz, tylko raz. Zostawiamy to, co było i idziemy dalej. W nieznane. Może w końcu lepsze?

Bo na końcu świata w ekstremalnym upale toczą się głębokie rozmowy i rozważania. Zarówno z innymi, jak i ze sobą samym. Ale o tym jeszcze będzie później, bo…

… ciąg dalszy nastąpi!

Verified by MonsterInsights