Magiczne Południe

Magiczne Południe: część czwarta, czyli romans na pustyni

Z samego rana ten sam rytuał – wystawienie walizek, by bagażowi mogli je znieść, wymeldowanie z pokoju, śniadanie i odjazd. Codziennie inna miejscowość, inny hotel i kolejne meldunki oraz wymeldowania. Trzeba wówczas mocno uważać, by gdzieś nie rozgościć się za bardzo i nie zostawić czegoś cennego. Jak na przykład kawałka serca.

Przed nami prawie czterysta kilometrów. To był chyba rekordowy dzień pod względem długości trasy. Kierunek – jak najdalej w głąb pustyni!

Czułam jakieś dziwne napięcie. Wiedziałam, że coś się stanie, ale nie miałam pojęcia co. Minionego wieczora doszło do ciekawego zgadania. Kiedy tak krążyłam po hotelowym ogrodzie robiąc zdjęcia i zachwycając się otoczeniem, nagle postanowiłam dołączyć do większej grupki z mojej wycieczkowej ekipy. Rozmawiali z naszą panią pilot, więc byłam bardzo ciekawa jakichś dodatkowych informacji czy to o naszej wyprawie czy to o samym Maroku. Podeszłam, a tymczasem dostałam z zaskoczenia pytanie na twarz: „Ania, pojedziesz razem z panem Michałem w jednym jeepie na safari ?”. Nie miałam pojęcia o co dokładnie chodzi, ale nie mogłam się doczekać safari, więc z pełnym entuzjazmem odpowiedziałam: „Oczywiście, że tak!”.

Pan Michał, na oko trzydziestolatek, może trzydziestoparolatek, jak i ja. Do tego momentu sądziłam, że przyjechał z partnerką, bo ciągle widziałam go we własnej, rodzinnej paczce ludzi. Ale gdy tylko temat safari został dogadany to pan Michał odszedł wraz z kobietą oraz mężczyzną, z którymi to widziałam ich zawsze razem. I wtedy została jedna pani z mojej ekipy singielek oraz pani pilot. Oznajmiły mi one, że pan Michał jest singlem i przyjechał z czteroosobową rodziną. Popatrzyły na mnie znacząco. Już zrozumiałam o co chodziło z tym safari. I nie miałam nikomu nic za złe. Ten cały pan Michał wydawał mi się niczego sobie. Pomyślałam, że wspólna wyprawa na pustynię w jednym jeepie może być świetną okazją do bliższego poznania. No i kto wie co dalej?

Dlatego, gdy tylko wyprawa się zbliżała ja czułam podobne napięcie, jak przed randką. Ale coś mi nie do końca pasowało. Nie była to czysta i spokojna energia. Jakaś zaburzona i gęsta, jak to czterdziestostopniowe powietrze.

Najważniejsze dla mnie było, by zobaczyć z bliska wielbłądy i się na nich przejechać. Tak, to właśnie do zwierząt mnie tak najmocniej ciągnęło i czułam ogromną radość na samą myśl ze spotkania z nimi.

Przed hotelem podeszli do nas Beduini oferując stylowe chusty na pustynię. Pierwsza pobiegłam kupić. Do chusty dostałam też buteleczkę na piasek z Sahary. Uzbrojona w ten zestaw zaczęłam się szykować. Chciałam wyglądać, jak najbardziej lokalnie, by jeszcze mocniej wczuć się w klimat. I tak oto, na bluzkę oraz luźne spodnie w orientalne wzory ubrałam… szlafrok! Jeszcze w Polsce szukałam usilnie po sklepach jakiejś narzutki na ramiona. Nie za ciepłej, a takiej, co będzie przyzwoicie osłaniała. Nie mogłam niestety nic znaleźć, aż nagle moim oczom w Primarku ukazał się piękny, długi szlafrok z wiskozy, ozdobiony na czerwono, całkiem po arabsku. Kupiłam go więc i sama nie byłam pewna, kiedy będzie ten moment, by go założyć. Przed wyjazdem na safari spojrzałam na niego w walizce i stwierdziłam „tak, to jest dokładnie ten moment!”.

Wychodząc przed hotel ujrzałam szereg jeepów czy też landroverów, każdy z kierowcą czekał na nas. Dlatego musieliśmy się dobrać w czwórki i takimi grupkami wsiadać do kolejnych samochodów. Widzę przy jednym z pierwszych pana Michała, zatem śmiało podchodzę i mówię, że podobno mieliśmy jechać razem. Lecz on zwyczajnie spuścił mnie na drzewo (jakkolwiek to brzmi w pustynnym miejscu). Powiedział, że jeden z synów tego małżeństwa, z którym tu przyjechał się rozchorował i musiał zostać w hotelu, a co za tym idzie on już tworzy czwórkę z pozostałą częścią tej rodziny. I to są właśnie mieszane uczucia. Z jednej strony sytuacja całkiem zrozumiała, bo gdybym sama przyjechała ze swoją czteroosobową rodziną i ktoś by się wykruszył, to naturalnie trzymałabym się z nimi. Ale w kontekście tej wieczornej rozmowy, mniej lub bardziej jawnego swatania, sprawa była prosta – niezależnie od okoliczności, gdyby pan Michał był mną realnie zainteresowany, to bez wahania wsiadłby ze mną do jednego jeepa. Zatem jego reakcja tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że właśnie dostałam kosza.

Zrobiło mi się gorzko i bądź, co bądź smutno. Nie miałam swojej alternatywnej czwórki do jeepa. Zaczęłam zatem się błąkać od samochodu do samochodu, by znaleźć gdzieś wolne miejsce. To było jeszcze bardziej przykre.

Na szczęście znalazłam swoją ekipę. Przemiłe małżeństwo nowożeńców oraz jedną z singielek, tę samą, która zagaiła poprzedniego wieczoru swatającą rozmowę. Widziałam, że nieco się zdziwiła, że nie jadę z panem Michałem, ale taktownie nie drążyła tego tematu.

No i wyruszyliśmy w głąb Sahary!

Off-road po najpierw kamiennych stepach, a później po małych, piaskowych górkach był dość spokojny, ale i tak przysporzył wiele frajdy. Ten widok kilkunastu terenowych samochodów jadących równolegle, w każdym ekipa ludzi z arafatkami na głowach i ten bezkres wokół. To było takie piękne!

Nim jednak dotarliśmy do naszych wielbłądów zatrzymaliśmy się przy osadzie Beduinki Fatimy. Kobiecina wiekowa już, która dosłownie żyje w namiocie na pustyni przez całe swoje życie. Z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Poczęstowała nas marokańską herbatką i pozwoliła zwiedzić swoje włości. Nie dowierzałam, że naprawdę można tak żyć, ale w dużej mierze ją rozumiem. Coraz częściej niosą mnie myśli, by wyskoczyć z tego kołowrotka i zamieszkać na odludziu…

Po wizycie u Fatimy pojechaliśmy już prosto do naszych pustynnych rumaków. Gdy tylko wysiadłam z samochodu na nowo poczułam to napięcie, ale takie pozytywne, połączone z ekscytacją. Rozczuliłam się na widok zwierzątek. Wielbłądy są takie piękne z bliska! Nie mogłam się doczekać aż wskażą mi drogę do mojego. Ale nie tak od razu. I tutaj prowadzono nas grupami – po dwie, trzy, maksymalnie cztery osoby. Przyczepiłam się do dwóch singielek i tak czekałyśmy we trzy. Zaczynałam się martwić, czy starczy dla nas wielbłądów bo część osób już ruszyła, a my dalej czekałyśmy. Wreszcie poproszono trzy osoby i ja aż podskoczyłam, że tutaj jesteśmy gotowe we trzy.

Podeszłyśmy bliżej. Nasze trzy wielbłądy były pod opieką chłopca oraz młodego mężczyzny. To on mówił po angielsku. W pewnym momencie zawołał mnie i poprosił do wielbłąda. Co śmieszne, zawołał na mnie „pani w czerwonym”. Pomyślałam, że ten szlafrok za bardzo jest wyrazisty i w ogóle, że może przegięłam ze stylówką i że on na pewno się zorientował, że to szlafrok. Ale to już było nieistotne. Słuchałam każdej jego instrukcji i ostrożnie wsiadłam na wielbłąda, a potem ostrożnie i mocno się trzymałam, gdy ten zaczął wstawać. Jakież to było ekstremalne uczucie!

Czułam każdy ruch tego zwierzęcia. Bujało jak na Titanicu! Musiałam się z nim zjednoczyć, zsynchronizować, by dobrze wczuć się w jego tempo. Chwilę mi to zajęło, ale potem poczułam się cudownie! Chłopiec prowadził naszą mini karawanę, a młody mężczyzna szedł z boku, nadzorował oraz robił nam zdjęcia. Najpierw to koleżanki go o to poprosiły i dały mu telefony. Później i ja. Poczułam, że mogę mu ufać. Dałam mu swojego ajfona czternaście pro, więc w moim systemie zaufania to naprawdę wiele znaczy! Ten chłopak miał coś w sobie, co mnie trafiło odkąd tylko mnie zawołał.

Weszliśmy na piaszczyste wydmy. Wielbłądy sobie naprawdę świetnie radzą z chodzeniem po takim podłożu! Pośrodku wielkiej piaskownicy daliśmy zwierzętom odpocząć, a my pochodziliśmy po wydmach już sami. No może nie całkiem. Chłopiec i młody mężczyzna nam towarzyszyli i nas prowadzili. Zaczęliśmy rozmawiać. A właściwie tylko ja z tym mężczyzną, bo moje koleżanki nie bardzo znały angielski i chłopiec chyba też nie. Zapytałam go jak mój wielbłąd ma na imię, a on chwilę pomyślał i z pewną powagą odpowiedział, że Bob Marley. Ja się roześmiałam i stwierdziłam, że dla mnie to on wygląda na Zdzisława. Powtórzył to imię i całkiem nieźle mu wyszło! I tak od słowa do słowa rozmowa zaczynała się coraz bardziej kleić.

W pewnym momencie, po zrobieniu sobie pierwszej sesji zdjęciowej na tle zachodzącego słońca, zaproponował byśmy weszli wyżej dla lepszego widoku. Podejście było bardzo strome. W dodatku w tym upale trudność była dziesięciokrotnie większa. Wolałabym się wspinać na Kasprowy albo Rysy. Walczyłyśmy jak mogłyśmy, ale i tak nasi przewodnicy byli o krok przed nami. Wtedy ten mężczyzna podał mi swoją dłoń, w której trzymał też chustę. Podniosłam wzrok, spojrzałam na jego pogodną twarz i w te głębokie, czarne oczy… Podałam mu dłoń bez zastanowienia. Przytrzymał, lekko się zawstydził i po chwili powiedział, że mam się chwycić chusty. I tak oto tym sposobem wciągnął mnie na górę. A ja się domyśliłam, że chyba strzeliłam gafę. Bo to chyba w islamie tak nie wypada, aby nieznani sobie kobieta i mężczyzna chwytali się za ręce. Stąd ten jego pomysł z chustą. Nie mniej ta wymiana spojrzeń, to ciepło, które nie miało nic wspólnego z temperaturą powietrza, było ponad wszelkimi konwenansami.

Na górze rozpoczęliśmy następną sesję zdjęciową. Znów podałam mu swojego ajfona, a on uczynił nim cuda. Wstyd się przyznać, ale nie miałam pojęcia, że mój telefon potrafi robić takie ujęcia! Pochwaliłam go szczerze zachwycona, że jest świetnym fotografem. A potem siedliśmy na piasku patrząc w niebo. Rozmawialiśmy dalej, znów praktycznie tylko ja i on. Okazało się, ze ma na imię Mohammed. Czułam, że cały czas bacznie mi się przygląda. A ja tak nieśmiało zerkałam na niego. W pewnym momencie zapytał mnie, czy… jestem mężatką!

Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że jestem rozwiedziona. A on zapytał od jak dawna. Moje koleżanki odwrócone do niego plecami zaczynały chichotać, bo tyle to rozumiały doskonale!

Nadszedł czas powrotu do naszych zwierzaków i zejścia z wydm. I niespodzianka… Mój wielbłąd, mój Zdzichu się zbuntował! Krzyczał, że on się stąd nie rusza. Nie chciał wstać. Wszyscy już byli gotowi, tylko nie ja i mój zbuntowany wielbłąd. Czyżbym miała tam zostać?

Po niedługim czasie i paru słownych reprymendach Zdzichu jednak postanowił mnie odwieźć z powrotem. Gdy na niego siadłam to wtedy Med podszedł i powiedział mi, że mam piękne, niebieskie oczy. Uśmiechnęłam się i podziękowałam. A potem, gdy nasza wędrówka dobiegła końca i zeszłam z wielbłąda on zapytał mnie czy mam Instagrama… No i cóż? Może to totalne szaleństwo, ale ja w tym momencie nie miałam wątpliwości. Wymieniliśmy się namiarami.

I tak oto zauroczyłam się w dwudziestodwulatku o wyglądzie Cristiano Ronaldo. Tadam! Kurtyna!

Ciąg dalszy nastąpi…

Verified by MonsterInsights