Magiczne Południe

Magiczne Południe: część siódma

Komplementy od pięknego i młodego Beduina wcale nie sprawiły, że się poczułam lepiej. Wręcz przeciwnie. Przeżywałam to bardzo gorzko. Uświadomiłam sobie bardzo przykre rzeczy. Ta mieszanka emocji ciągle nie dawała mi spokoju. W dodatku zbliżał się moment końca wycieczki.

Wpadłam w jakiś rodzaj melancholii. Czułam się okropnie na myśl o tym, że stałam się europejskim odpadem kobiecym. Bo tak właśnie sobie dodałam dwa do dwóch. Skoro wzbudziłam zainteresowanie młodego Araba (raczej Berbera, ale i tak mniejsza o to), to znaczyć może tylko jedno – że stałam się taką typową starszą panią sponsor, w której tacy panowie widzą skarbonkę oraz wizę do Europy. Ileż to się słyszało opowieści o kobietach w wieku własnej matki, które po rozmaitych sercowych dramatach, rozwodach czy innych kryzysach wieku wpadały w sidła przystojnych i dużo młodszych Arabów, którzy to potem oskubywali je ze wszystkich pieniędzy i porzucali, jak śmieci. Właśnie w ten sposób się takie historie zaczynały – na wyjeździe wakacyjnym, piękne okoliczności przyrody, piękny smagły, czarnooki i zabójczo przystojny, prawiący komplementy trafiające w sam środek najboleśniejszych ran, przynosząc niewypowiedzianą ulgę. Taką, której nie szło osiągnąć w żaden inny sposób. A później dramat. Odarcie z resztek godności.

I teraz co? To ja już stałam się taką starszą panią? Jezu, jak mnie to przygniotło…

I potem ten natłok myśli. Szaleńcza ich autostrada, na której jedna pędziła za drugą z zatrważającą prędkością. Nagle pojawił mi się przed oczami archetyp takiego europejskiego mężczyzny, którego taki pan Michał był idealnym odzwierciedleniem. Michał czy nie Michał. Niemal każdy mężczyzna z mojego świata. Wykształcony, dorobiony, zrobiony. Dlaczego miałby zadowalać się kobietą po trzydziestce z dzieckiem i rozwodem na koncie? I co z tego, że ona jest życiowo ogarnięta? Nie jest przecież już taka piękna ani młoda ani wolna od zobowiązań. Po co więc brać sobie taki ciężar, skoro ja jestem kimś. Jestem kimś, więc zasługuję na wszystko, co najlepsze. Nieskażone. Nietoksyczne.

Jestem odpadem Europy. Takich kobiet się już tutaj nie poważa. Są za to one łakomym kąskiem dla młodych i pięknych Arabów, którzy chcą się wybić i dorobić. No bo jednak ciągle jeszcze atrakcyjne, więc nie trzeba będzie aż tak się zmuszać do umizgów, a jednocześnie są już na tyle życiowo ustawione, że można dzięki nim łatwo osiągnąć dobrobyt. Perfekcyjna rampa do lepszego życia. Którą potem się porzuci.

Nie mogłam przełknąć tych myśli. Jednocześnie nie mogłam zapomnieć o tych pięknych oczach. Oraz… oraz nie mogłam sobie darować, że oceniam człowieka z góry. Po stereotypach, przekonaniach, uprzedzeniach. Że jestem mało tolerancyjna i mało otwarta. Że robię halo z różnicy wieku, kultur, religii. Przecież on sam, taki młody, a tak mądrze napisał, że wiek to tylko liczba. Dusiłam się. Naprawdę czułam się jak odpad. Zarówno pod względem bycia szmelcem z Europy, jak i ksenofobicznej rasistki.

Zostało nam jeszcze parę godzin w Marrakeszu. Od rana pojechaliśmy zwiedzić ogród Majorelle Yvesa Saint Laurenta. Kocham roślinki, więc czułam się tam wspaniale. Zresztą, jak i wszędzie na tej wycieczce. Wchodząc do ogrodu pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, że to taka palmiarnia, ale na świeżym powietrzu. Nie potrzeba tutaj generowania sztucznego ciepła, zadaszenia ani innych ludzkich ingerencji po to, by najbardziej egzotyczne rośliny po prostu bujnie rosły. Widziałam monstery rodzące owoce. A moja domowa? Jak wypuści listka z dziurką to urządzam święto! Niby ta sama roślina, ale uwarunkowanie czyni z niej zupełnie inną istotę. To tak bardzo daje do myślenia w kontekście naszego ludzkiego bytowania. I w kontekście tych moich ciężkich, jak ołów myśli…

Tego dnia nie czułam się zbyt dobrze również fizycznie. Byłam lekko osłabiona. Może to efekt przemęczenia? Mimo wszystko najbardziej mnie niszczyło to, co działo się w głowie. Co zainicjował ten piękny, młody człowiek z pustyni. Zastanawiałam się, kim on tak naprawdę jest w duchowym sensie. Bo pewna byłam, że stanął na mojej drodze nieprzypadkowo, ale wszystko dzieje się nieprzypadkowo, zatem oprócz tego, że nieprzypadkowo to z naprawdę ważnego powodu. Moja pierwsza luźna myśl to bratnia dusza? Cząstka mojej duszy wcielona w tego chłopaka, czyżby? Ciągle to mi się przejawiało w głowie odkąd znalazłam się na Saharze – że moja cząstka żyje na pustyni.

No i w końcu należało opuścić Marrakesz oraz udać się autostradą w przejazd do Agadiru. Nasze koło się domykało. Po drodze udawałam, że śpię, lecz tak naprawdę płakałam. Pod zamkniętymi powiekami gromadziłam łzy. Miałam nadzieję, że kobieta, która siedzi obok mnie tego nie widzi. Odwracałam więc twarz mocno w stronę okna, by pozwolić słońcu osuszyć te, których nie zdołałam utrzymać.

Po paru godzinach znalazłam się znów w tym samym hotelu, w którym spędziłam pierwszą noc w Maroku. Trafiłam jednak dużo lepszy pokój w innej części budynku, bo ten obiekt był naprawdę ogromny. I leżał tuż nad oceanem, którego wcześniej nie zdołałam z bliska zobaczyć przez późną porę. Teraz za to miałam całe popołudnie, aby wybrać się na spacer wzdłuż wybrzeża. Co też uczyniłyśmy z koleżankami singielkami. Poszłyśmy w czwórkę, ale szybko rozdzieliłyśmy się na dwie pary. Pani, z którą spacerowałam, również rozwiedziona, postanowiła opowiedzieć mi historię swojego życia. Trudną historię. Ona praktycznie cały czas mówiła, a ja słuchałam. Czasem nie dosłyszałam, bo harmider bawiących się w oceanie ludzi oraz szum fal skutecznie zagłuszały tę opowieść. Nie przeszkadzało mi to. Starałam się wychwycić tyle ile się da. Rejestrowałam, ale duchem byłam na pustyni, pogrążona w melancholii. Moje słabe samopoczucie uczyniło ze mnie w tym momencie idealnego słuchacza. I dobrze.

Po kolacji zamknęłam się w pokoju. Miałam zamiar się spakować, ale nie wiedziałam za co się zabrać. Siedziałam wgapiona w jednej punkt, aż wreszcie pękłam i zaczęłam ryczeć. Wyć. Na myśl o chłopaku z pustyni i o powrocie do tego mojego kołowrotka, gdzie znów będę się musiała zamienić w maszynę kręcącą się w zimnej samotności. Czy ja naprawdę nie mam prawa do miłości?

Po czasie i wodospadzie łez zaczęłam sobie mówić, że muszę się spakować. Zaczęłam się skupiać na tym, co przyziemne. Że muszę wrócić do córki. Nie do kołowrotka – do córki. To przyniosło mi ulgę. I uruchomiłam się do działania. Kiedy już przygotowałam odpowiednio na odprawę lotniskową bagaż rejestrowany i podręczny, to usiadłam spokojnie na łóżku. I nagle zdecydowałam w jednej sekundzie – napiszę do chłopaka z pustyni, by się pożegnać.

I otrzymałam taką ciepłą i troskliwą odpowiedź. Uśmiechnęłam się. Poczułam ulgę. I spokój.

Pierdolić uprzedzenia, stereotypy, konwenanse. A w ogóle kto tu mówi o wielce związku? Można przecież mieć przyjaciela.

Aż przyjaciela.

Przyjaźń to też związek.

Przyjaźń to przede wszystkim związek.

Lądując w Polsce, w moim Poznaniu, przywiozłam ze sobą coś, co mogłam znaleźć tylko na pustyni. Przywiozłam magię południa. I kawałek siebie, którego dotąd nie znałam.

Szukałam w chłodzie i lodzie, na dalekiej północy, a to właśnie południe, magiczne marokańskie południe pozwoliło mi znaleźć brakujący element tej mojej skomplikowanej i zwariowanej układanki.

Na pustyni jest więcej niż nam się wydaje.

Verified by MonsterInsights