Życie w pełni
Niebywałe, jak bardzo jestem zsynchronizowana z wszechświatem. Gdy Księżyc był w nowiu, rozpoczął mi się nowy cykl, a teraz gdy jest w pełni, ja jestem również w pełni swej płodności, na owulacyjnym haju. A Księżyc teraz szczytuje w Pannie, gdzie i mój Księżyc urodzeniowy też był w Pannie. Aj, cóż za dwuznaczne zdanie popełniłam.
Krwawa pełnia, na dodatek z zaćmieniem. I trzecia wojna światowa. Nie wierzę, że dożyłam tej chwili i rozumiem, dlaczego od pierwszych chwil swojego życia, kiedy tylko moja pamięć zaczęła cokolwiek rejestrować, to poczułam, że chcę wracać. Ale najwidoczniej dane mi było doświadczyć tego, co się teraz dzieje na tym świecie. Pytanie na jak długo.
Znalazłam fajne porównanie życia do pracy. Dokładnie tak widzę życie tutaj – jak pójście do pracy. Nikomu się nie chce, jest ciężko, trzeba swoje odbębnić i generalnie nikt nie ma na to ochoty, ale jest ku temu mus. Mus, by żyć. Nie tutaj, lecz tam – w naszym prawdziwym domu. Pracujemy po to, by zarabiać pieniądze, za które możemy egzystować. Analogicznie wcielamy się na ten świat po to, aby zbierać doświadczenia, które pozwolą nam żyć właściwym, pełnowymiarowym życiem tam, skąd przyszliśmy. Bo w pracy jesteśmy tylko małą cząstką swojej osobowości. Praca często nas ogranicza, na przykład w kwestii ubioru czy zachowania. Dopiero po godzinach możemy zrzucić mundur, odpiąć wrotki, wyluzować się i być prawdziwym sobą. Praca formuje nas w ściśle określoną rolę, wedle naszego stanowiska i obowiązków, które musimy wypełniać zgodnie z zasadami i naszą najlepszą wiedzą. Tak samo, jak życie tutaj – przychodzimy pełnić określoną funkcję, wcielamy się w określoną rolę, zakładamy uniform, korzystamy ze ściśle ograniczonych narzędzi, w ściśle ograniczonym spektrum działania. Wówczas zbieramy równie ściśle określone doświadczenia – dokładnie takie, których potrzebujemy, do których się nadajemy i które zasilą nas potem. Tam, po godzinach, w naszym drugim, równoległym świecie, gdzie jest nasze dziewięćdziesiąt procent. Albo i więcej.
W sobotę byłam z kotem u weterynarza na zabiegu usunięcia kamienia nazębnego. To wymagało narkozy, więc przy tej okazji zostałam razem z moim dzieckiem w gabinecie, aby nieprzytomnego kota porządnie wyczesać, gdyż normalnie on się nie pozwala dotknąć. I kiedy widziałyśmy tego zwierzaka tak bardzo nieprzytomnego, że można było z nim zrobić cokolwiek, to aż ściskało serce. Ale. Zobaczyłam coś jeszcze. Wcześniej widziałam mojego kota Stefana – charakternego, drapieżnego, z całą masą swoich cech, zachowań, przywar. Widziałam go silnego, masywnego, energicznego. Nieco upasionego nawet. A potem, po narkozie? To już nie był mój kot Stefan. Miałam przed sobą bezwładne, futrzaste ciało, które ledwo zauważalnie oddychało, ale poza tym prawie nic – jakby nie było w nim mojego Stefana. I nagle ono zupełnie straciło swoją siłę, masę, charakter ze wszystkimi wadami i zaletami. Można powiedzieć, że dusza mojego kota była tymczasowo odcięta od swojego ciała, jakby zamrożona i wtedy nagle to ciało straciło dziewięćdziesiąt procent swojej obecności. Albo i więcej.
Było tylko naczyniem. Czymś kruchutkim i ulotnym. Prawie niewidzialnym.
Poczułam, jak Stefan się ode mnie oddalił i to było tak paskudne uczucie, jakby mi ktoś coś wydrążył w środku i próbował wyrwać tę część mnie. Na szczęście Stefan się obudził i oprzytomniał. Wrócił. Jego ciało znów stało się potężne i kompletne. Bo dusza waży więcej niż nam się wydaje. Czymże byłoby biurko w korporacji, przy którym nikt by nie siedział?
Chyba wreszcie udało mi się pojąć, dlaczego od rozwodu nie zdołałam ponownie założyć rodziny. Jeśli miałabym teraz drugiego męża i może jeszcze jakieś kolejne dzieci, to w obliczu zaistniałej sytuacji na świecie, byłoby bardzo prawdopodobne, że straciłabym go na wojnie. Zatem wbrew pozorom te niemalże minione siedem lat, to po prostu dla mnie za wcześnie. Bóg nie chciał, abym znów musiała przechodzić przez rozbicie rodziny po śmiesznie krótkim czasie typu góra pięć lat. Może, gdy to wszystko się skończy i dożyję tego końca – może wtedy będzie dobry dla mnie czas.