Na pełnym morzu

Kolorowe pudełka

Gdy wybiera się niewłaściwą ścieżkę czuć opór i cierpienie. Nic się nie chce poukładać. Idzie, jak po grudzie. Gdy chce się czegoś dokonać, trzeba wykonać ciężką pracę. To przecież też cierpienie. I też z początku idzie wszystko, jak po grudzie. Zwłaszcza, jeśli stawia się w czymś pierwsze kroki. Jak zatem rozpoznać, które cierpienie jest godne?

Podobno da się wyczuć, która droga jest tą właściwą. Mimo to i tak błądzimy po ślepych zaułkach. Czy wręcz pędzimy wprost na górę lodową. Jeśli będę wybierała tylko to, w czym czuję się komfortowo, to tak naprawdę nie wyjdę spoza swojego ciepłego kurwidołka. Będę stała w miejscu, więc będę się cofać. Ale przecież nie mogę za każdym razem rzucać się na głęboką wodę. Raz mi się uda i popłynę, jak syrena. Innym razem się utopię. I też cofnę o kilka kroków wstecz.

Nie mam zatem pojęcia, jak iść, by zawsze iść po właściwej ścieżce. Chyba, że tutaj wcale nie o to chodzi? Te niewłaściwe są równie ważne. I nierzadko całkiem przyjemne w swoim szaleństwie. Metodą prób i błędów należy przeżyć życie. To jedyny sposób. Jedyna właściwa ścieżka.

Zahaczyłam ostatnio na Netflixie o program, w którym ludzie poznają się, by wejść w relację, ale nie znają swojego wieku. Grupa ludzi wyjeżdża w piękne okoliczności przyrody, gdzie jedynym ich zadaniem jest to, by się lepiej poznać i spróbować połączyć w pary. Mogą rozmawiać o wszystkim, byle tylko nie pytać o wiek. Bez presji oraz perwersji. Na zupełnie neutralnym gruncie, w odcięciu od swojego środowiska, rodziny i znajomych. Jeśli jakaś para wyjątkowo mocno przypadnie sobie do gustu, składają sobie coś w rodzaju obietnicy, że będą razem, wymieniają symbolicznie obrączkami, a potem opuszczają ten bezpieczny raj, by powrócić do swoich szarych rzeczywistości. I oczywiście wraz z wymianą obrączek następuje sakramentalne wyjawienie wieku. Niesamowitym zaskoczeniem była pewna cudowna para, która tak zaiskrzyła, że ich blask aż wydzierał się z telewizora. Perfekcyjnie do siebie pasowali – wizualnie i nie tylko. Patrzyło się na nich z jednym wielkim bananem na ustach. I to oni jako pierwsi z całej grupy złożyli sobie obietnicę. Ona miała 54 lata, a on 27.

Nie mam pojęcia jeszcze, jak potoczą się ich dalsze losy, ale z urywek oraz własnego logicznego wnioskowania domyślam się, że lekko nie będzie. W szczególności, że jej syn jest starszy od jej chłopaka, a córka tylko trochę młodsza.

Ale.

Dostrzegłam, że jeśli ludzi wyciągnąć z ograniczeń środowiska, rodziny, znajomych, religii czy czegokolwiek tam, co nas usilnie i bez naszej zgody dyscyplinuje oraz układa po szufladach, to wówczas jesteśmy naprawdę wolni. Jesteśmy naprawdę sobą. I to jest tak cholernie smutne. Bo w praktyce można się w ten sposób odciąć tylko na chwilę. Na krótkie wakacje i już. Czy to znaczy, że nie mamy szans, by żyć tak, jak naprawdę chcemy? I kochać, jak chcemy? I znaleźć najlepszego dla nas partnera?

Ja tak się czuję. Że nie mam do końca możliwości. Że wszystko musi zmieścić się w granicach norm systemowych. I tak się wyszamotałam z wielu więzów, ale to ciagle za mało, jak na moją wielobarwną osobowość. Ciasno mi. Strasznie.

Z drugiej strony, nawet tacy szaleńcy, jak ja, nader wszystko pragną spokoju. By żyć swoim życiem i nikomu nie wadzić. By nikt się o nic nie czepiał. Ceną za to jest zmieszczenie się w normach, poupychanie się do pudełka, jak kot. Źle napisałam – „normach” miało być.

Zatem moim wyborem jest życie w samotności albo życie z partnerem takim, jak wszyscy, w sposób taki, jak wszyscy. Wybieram samotność. Co i tak zresztą jest na granicy normy, a czasami lekko poza nią, więc i tak mnie to naraża. Mimo tego – ciągle wolę to, niż bylejakość, mainstream oraz odtwarzanie skryptów swoich przodków.

Wiecie, że w klasie mojej córki rozpętała się afera pośród rodziców, bo pani zamierzała dzieciom puścić z okazji Dnia Kobiet bajkę „K-Popowe łowczynie demonów”? Ci rodzice, którzy rozpętali tę wojnę uznali, że bohaterki bajki wyglądają, jak prostytutki oraz generalnie demony w tytule sugerują treści satanistyczne i że jak można taki wzór dzieciom dawać. Moja córka się załamała i na dodatek się częściowo obwiniała. Na szczęście też mam Netflixa, więc zdecydowałam, że same sobie zrobimy Dzień Kobiet, pójdziemy na zakupy, a potem wieczorem odpalimy tę bajkę przy niezdrowych przekąskach.

To była najlepsza bajka, którą widziałam. I tak – bardzo chciałabym, aby moja córka wzorowała się takimi bohaterami. Fajnie jest tak oceniać, bez zapoznania się z pełną treścią. Bardzo fajnie. Bardzo lekko i przyjemnie. Szkoda tylko, że dzieci zostały pokrzywdzone. Pani wychowawczyni również, bo zupełnie bez powodu potraktowano ją protekcjonalnie, jakby była stażystką.

A siedźcie sobie w tych swoich kartonowych pudełkach. Tylko krzywdy innym nie róbcie i może pomyślcie, by je chociaż ładnie podpisać.

Verified by MonsterInsights