Różowy deszcz
Kwiecień to mój najbardziej uroczysty miesiąc w roku. Zwykle w kwietniu jest Wielkanoc, mam w tym miesiącu urodziny, rocznicę ślubu i rocznicę rozwodu. Dziś dokładnie wypada ta ostatnia. Co bardziej ciekawe, moje urodziny i rocznica ślubu to jedna data. A rocznica rozwodu pokrywa się z urodzinami tego, którego imienia boję się wymawiać.
Oczywistym jest, że rocznicy ślubu już od dawien dawna nie obchodzę. A konkretnie to od siedmiu lat, bo tuż przed szóstą jego rocznicą nastąpił rozwód. Tak więc, jestem niemalże o dwa lata dłużej po rozwodzie niż byłam w małżeństwie. Siedem niezwykle transformujących lat. Świat w tym czasie przeszedł przez pandemię, wojny, wariactwa rozmaite, teraz całkowicie wręcz przejmuje nad nim kontrolę sztuczna inteligencja, a ja siedziałam i kopałam w sobie, jak koparka kryptowalut.
No i co? Myślicie, że teraz napiszę, co za cuda odkryłam i zacznę sypać mądrymi tekstami, jak ci wszyscy coachowie z TikToka? Nie. Bo przerobiłam już te wszystkie mądrości, które lubią wychodzić bokiem czasami. Chyba najlepszą z nich była „najpierw pokochaj siebie, żeby inni mogli pokochać ciebie”. Kurwa, jak bardzo mnie mdli ten tekst i jak bardzo on do mnie nie pasuje i nigdy nie pasował, to nawet brzydkich słów mi brakuje, by to właściwie określić. Niechże zatem na tym zakończę ten wątek.
Kiedy ja opuszczałam salę rozpraw, to ten, którego imienia boję się wymieniać kończył równe trzydzieści lat. Poznaliśmy się niecałe dwa miesiące później – siódmego czerwca. Moje przywitanie było dość osobliwe: „Cześć, Ania, piąty dzień w firmie.”. Nie sądziłam, że ten moment będzie początkiem zaorania mojej psychiki i procesu zmiany mojej tożsamości. I nie powiem, że jestem mu za to wdzięczna, bo chyba nie taką chciałam się stać. Byłam lekką, wierzącą w miłość dziewczyną, z sercem na dłoni, która miała bardzo proste marzenia. A stałam się Królową Śniegu, obrośniętą w ciężką i najeżoną kolcami skorupę, która już dawno przestała wierzyć w miłość.
Bo czasem tak jest, że to nie rozwód człowieka przeora, a to, co dzieje się tuż po nim.
Nawet ten piękny, młody człowiek z Maroka nie zdołał mnie uleczyć. Zresztą, nigdy na to nie liczyłam.
Ale wiecie co, moi drodzy, zacni czytelnicy? Nie potrzebuję tej swojej kolczastej skorupy. Mogę ją śmiało zrzucić. Nie potrzebuję jej, ponieważ nie mam czego chronić. Nie mam już serca. Wyparowało gdzieś sobie i może kiedyś skropli się w różowy deszcz.
Nie mam marzeń, nawet tych prostych i cieszy mnie to niezmiernie, bo dzięki temu jestem wreszcie wolna. Skończyły się oczekiwania wobec samej siebie i wobec kogokolwiek. Zostałam w swojej Krainie Wyimaginowanej i nikt nie woła.
Aj, kusiło mnie dziś, aby złożyć mu życzenia urodzinowe. Takie osobliwe, rzecz jasna. I anonimowe, rzecz jasna. Ale. To chyba nie wypada życzyć komuś śmierci, prawda? Bo właściwie tylko takie życzenia są dla mnie najlepszymi, którymi sama bym nie pogardziła.
Życzę mu zatem, by spadł na niego różowy deszcz.