Dżem z papai – odcinek trzeci
Była niedziela dwudziestego szóstego kwietnia, kiedy to wreszcie mogliśmy dotrzeć na naszą docelową wyspę i wyruszyć na trekking. Zeszłam na śniadanie lekko albo i bardziej skacowana. Elektrolity, które wypiłam w nocy nieco poprawiły moją sytuację, ale to nie był mój szczyt formy. W dodatku jedzenia nie było dużo, więc nie miałam specjalnych szans na pełną regenerację.
Nim jednak znaleźliśmy się w miejscu startu musieliśmy przepłynąć promem na Santo Antao, a potem kawałek dojechać busem. To były cenne godziny, które pozwoliły mi lekko przysypiać w trybie czuwania, jak to mają w zwyczaju koty. Łykałam morską bryzę na promie i powoli dochodziłam do siebie. W drodze na szlak, na krótkim przystanku, udało mi się kupić mocną kawę. Uznałam, że jestem wreszcie zdatna do spożycia i przetrwania tego dnia.
Zaczęłam rześko i energicznie. Zdziwiłam się tylko, że poza mną i, nie licząc przewodników, jeszcze tylko jedną osobą, cała reszta grupy była uzbrojona w kije trekkingowe. Nigdy ich nie używałam i zawsze wydawało mi się to dość mało ambitne. No bo przecież ludzie gór, tak teraz, jak i przez całe wieki, musieli sobie radzić bez nich. Ja jestem człowiekiem z nizin, ale po to jeżdżę w góry, żeby poczuć góry. Jednak widząc, jak bardzo jestem osamotniona w swoich przekonaniach, zaczęłam czuć się dziwnie. Jakoś tak biednie? Nie wystarczająco przygotowana? Moją głowę zmąciły myśli, że może to nie jest wyprawa dla takich, jak ja. Cokolwiek to znaczy.
Pierwszy fragment trasy ostro przetestował kolana, gdyż był praktycznie niekończącym się, stromym zejściem. I o dziwo to nie kolana mi nawaliły. Opłacało się pić kolagen od ponad pół roku, głównie w celach przeciwzmarszczkowych, a w tym momencie odkryłam jego jeszcze silniejszą moc na stawy. Niestety, kolagen nie był w stanie zdziałać cudów na stopy. Takie to niby banalne, ale to właśnie stopy mi odmówiły posłuszeństwa już praktycznie na dzień dobry. Jak się okazało, miałam słabo zawiązane buty, co przy ciągłym zejściu zmasakrowało mi palce oraz zafundowało odcisk na tym dużym. A przed nami jeszcze kawał drogi do miejsca docelowego, którym była urokliwa dolina Caibros.
Najpierw krótkie, ale strome podejście w górę. Palce u stóp mogły odpocząć, lecz teraz bardziej liczyły się mięśnie ud i ogólnopojęta wytrzymałość. Zwłaszcza, że był środek dnia i słońce piekło niemiłosiernie. Gdy doczłapałam się do przytulnej chatki, gdzie czekał na nas obiad u jednej z lokalnych mieszkanek, miałam mroczki w oczach. Na szczęście można było tam napić się zimnej coli, co natychmiastowo uczyniłam. Pamiętałam, jak cola ratowała mi życie i cuciła w ponad czterdziestopniowym, marokańskim upale na pustyni bądź w zatłoczonym Marrakeszu. Pomogła i tym razem. Dopiero po paru jej łykach poczułam głód i mogłam zacząć jeść, a jedzenie było wprost genialne! To tam po raz pierwszy w życiu zjadłam puree z chlebowca przyprawione świeżą kolendrą. To danie wybitnie zapadło mi w pamięć. I jeszcze na deser genialne lody ciasteczkowe oraz kawa. Pomyślałam, że odzyskałam energię.
Szykując się na dalszy ciąg wędrówki spostrzegłam słodkiego pieska, który wylegiwał się w cieniu pod jakąś palmą czy inną rośliną. Jak to ja – musiałam go pogłaskać, bo ciągnie mnie do każdego zwierza i owada. No i nagle nastąpił zwrot akcji niczym irytująca reklama w samym punkcie kulminacyjnym ważnej sceny filmu. Pies postanowił mnie ugryźć. To był ułamek sekundy, w trakcie którego nie wiedziałam, co się dzieje. Po chwili zauważyłam, że krwawi mi palec wskazujący prawej ręki. W tym szoku nie potrafiłam wyciągnąć plastrów z plecaka, ale na szczęście pomogły mi dwie cudowne kobiety z naszej grupy – mama z córką. Miały plaster i środek odkażający. Zaczęłam zbierać myśli. Palec cały. W zasadzie nie bolał, choć w mojej skali odporności na ból, ktoś inny rzekłby, że bolał cholernie. Ale mnie serio nie bolał. Prawie. Tylko potem wszyscy zaczęliśmy się zastanawiać, czy pies był szczepiony. Przemiła gospodyni twierdziła, że tak, ale byliśmy pośrodku prawie niczego, gdzieś na wyspach pośrodku oceanu. Tam nie ma sklepu za rogiem, jak u nas są Żabki i Biedronki, a co dopiero weterynarz?
Mimo wszystko jakoś się tym nie przejmowałam. Pies był zadbany, na oko młody i nawet widziałam, że miał czyste zęby. Poza tym, mój kot uwielbia mnie notorycznie gryźć i drapać, oczywiście z miłości, no więc nie robiło mi to wielkiej różnicy. Tylko ludzie z grupy byli chyba bardziej przejęci ode mnie, co siłą rzeczy zmuszało mnie do przywołania czarnych myśli. Ale serio miałabym umrzeć na wściekliznę na Wyspach Zielonego Przylądka? Kiepski scenariusz. Odrzuciłam go zatem.
W przypływie tej adrenaliny nawet nie czułam zakwasów oraz obolałych stóp i pierwsze podejście poszło mi nieźle. Ale później, niestety, straciłam siły ze zdwojonym uderzeniem. Opuszczając wioskę Riberao ledwie szłam. Wyraźnie odstawałam. Ludzie chcieli mi pomóc, a ja słysząc to zaczynałam się załamywać. Nie potrafię przyjmować pomocy, bo… zawsze musiałam sobie radzić ze wszystkim sama. To ja byłam tą, która pomagała. Nie na odwrót. Ja nie mogę być słaba. Mi po prostu nie wolno. Słabość oznacza dla mnie porażkę i posypane życie, bo dokładnie tak się stanie, kiedy nie będę ogarniać. Jestem sama, jedyna i muszę być silna. Nie mam innego wyjścia.
A tu nagle zewsząd pomoc, mimo, że ja się nie poddałam. Zamierzałam sobie iść po prostu wolniej, z częstszymi przerwami, ale nadal iść. Grupa tego chyba tak nie odebrała. I to mnie dobiło jeszcze bardziej. Zrozumiałam, że tak mi chyba nie wolno. Że muszę trzymać konkretne tempo i że to moje jest za słabe, więc potrzebuję pomocy. Naprawdę poczułam się, jak najgorszy przegryw. Psychika siadła, a to mogło oznaczać tylko jedno – moje grube giry serio nie dadzą rady, kiedy psycha klęka.
Swoją drogą, zawsze miałam kompleks grubych nóg. Aż do wieku lat trzydziestu jeden, kiedy to odkryłam w górach, że może są i grube, ale za to cholernie wytrzymałe na takie wędrówki. Mam nogi ludzi gór, które przestały być kompleksem.
I wtedy to właśnie jeden z facetów po prostu podszedł do mnie, wziął mi plecak i ruszył z nim, odciążając mnie. Musiałam się wstrzymywać przed totalnym rozklejeniem i płaczem. Nie znałam takich facetów. Nigdy żaden nic za mnie nie zrobił. Nigdy. No i dodać muszę, choć nie chcę tutaj wymieniać imion ani szczegółów dotyczących moich współtowarzyszy tej wyprawy, że ten akurat facet był naszą duszą towarzystwa. Dzięki niemu w mgnieniu oka się zintegrowaliśmy. Człowiek z niezwykłą charyzmą. Człowiek z gatunku prawdziwych mężczyzn, których do tej chwili znałam tylko z powieści oraz kolumbijskich telenowel. Dał mi nadzieję, że tacy jednak istnieją naprawdę.
Poratowana jeszcze chwilę później jakimś magicznym żelem izotonicznym od kolejnej zbyt dobrej duszy z grupy, dałam radę ukończyć szlak i dotrzeć do doliny Caibros. W tym dniu padłam szybko na łóżko i potem długo spałam. Stresowałam się jednak, że nie zdołam przejść trasy kolejnego dnia, który był dniem moich urodzin. Wpadłam w lekką depresję, regenerując się w dolinie.
Ciąg dalszy zapewne nastąpi…