Dżem z papai – odcinek czwarty
Kiedy piejące w dolinie koguty obudziły mnie przed budzikiem, natychmiast zaczęłam obserwację swoich odcisków. Nie wyglądały najgorzej. Magiczne plastry żelowe naprawdę zdały egzamin. Gorzej było z chodzeniem w ogólności, bo nogi miałam sztywne i obolałe. Jednak z kroku na krok szło mi coraz lepiej i bardzo szybko zaczynały wracać do formy. Poczułam nadzieję.
Całkowicie ją odzyskałam, kiedy ujrzałam jajka na śniadaniu. To mój niezawodny eliksir energetyczny – jajka, kawa i mogę góry przenosić. Dosłownie. Poprzedniego dnia nie byłam w stanie zjeść kolacji. W ogóle nie czułam głodu, a żołądek postanowił niespodziewanie pójść na urlop, mimo że nie bolał. Aż nagle o tym poranku uruchomił się na zwiększonych obrotach. Byłam solidnie głodna i sporo zjadłam. Oprócz jajek spróbowałam tamtejszego białego sera z dżemem z papai. Nie potrafię tego smaku oraz połączenia porównać do niczego innego ani właściwie opisać. Mogę tylko podać jedno słowo – niebiańskie!
To był dzień moich urodzin i wiedziałam, że muszę dać radę. Nogi rozruszane, siły odzyskane. Ubrałam się na wymarsz i zameldowałam: „Idę!”, a potem zapakowałam się do naszego busa, który miał nas podwieźć na szlak. Jechaliśmy szutrowymi serpentynami pośród gór. Śmiałam się, że wbiliśmy na autostradę. Było wąsko, było stromo, były widoki, jak z filmu science fiction. Wzruszyłam się potęgą natury. Znowuż. A wtedy grupa zaczęła mi śpiewać „Sto lat”. Straciłam poczucie rzeczywistości. Może ja jednak umarłam na tę wściekliznę dzień wcześniej?
Naszą wędrówkę rozpoczęliśmy w miejscowości Cruzinha, tuż nad brzegiem oceanu. Szliśmy ścieżką wzdłuż stromych, czarnych klifów. Trasa przedstawiała się, jak zapis z elektrokardiogramu – zejście i wejście, zejście i podejście – niemal w równym, wzorowym rytmie. ChatGPT poradził mi, abym skorzystała z techniki schodzenia od pięty – wtedy odciążę zmasakrowane palce. O dziwo ten trik zrobił robotę! Tylko raz złapałam większą zadyszkę przy nieco bardziej stromym podejściu w ostrym słońcu, ale poza tym szłam, jak maszyna. Morska bryza dodawała mi sił. Morze czy ocean – one zawsze były po mojej stronie. Jestem córką morza, jakkolwiek to brzmi.
Kiedy doszliśmy do wioski Formiginhas, gdzie czekał na nas obiad, zaczęłam się lekko obawiać, czy poradzę sobie z kolejnym fragmentem – tak zwaną drogą krzyżową. Nasz lokalny przewodnik powiedział nam, że tak się ten szlak nazywa, ale nie sądziłam, że to będzie dosłownie droga krzyżowa. Sądziliśmy, że nazwa ma związek wyłącznie z jej stromym i kamienistym podbiciem. Okazało się jednak, że to była dosłownie Golgota – stromy, ostro zygzakowaty szlak, gdzie na każdym jego zakręcie były kolejne stacje drogi krzyżowej. Dobrze, że obiad był przepyszny i sycący oraz uwieńczony wprost nieziemsko dobrymi lodami kukurydzianymi własnej roboty! Na Golgotę potrzeba było sił.
Mijając kolejne stacje mogłam sobie odliczać do końca. Zadzierałam mocno głowę w górę i widząc tam wyżej ludzi, drobnych niemalże, jak mrówki, czułam przerażenie, że może nie dam rady wspiąć się tak wysoko. Ale przecież ja muszę sobie dać radę. I tak minęłam stację pierwszą, drugą, piątą, i nagle weszłam w rytm. To mnie ukoiło. Zaraz siódma i będzie połowa. O, stacja dwunasta – Jezus umiera na krzyżu. Spoglądam na tabliczkę z ryciną Jezusa na krzyżu i chyba wiem, co wtedy czuł. Ale widać już szczyt. Musiałam zatem wyzionąć ostatnie moce przerobowe swoich grubych nóg, by na chwilę móc odpocząć przed kolejnym etapem wędrówki. Jeszcze jeden krok i jest – stacja czternasta. Euforia, ulga oraz widok zapierający dech w piersiach. Trochę, jakbym umarła wrazem z Jezusem, a potem zmartwychwstała w trybie przyspieszonym.
Po Golgocie zeszliśmy do kolorowej wioski-miasteczka Fontainhas, mijając zresztą przy okazji sporo kaskadowych pól uprawnych, rozlokowanych na zboczach gór. To niesamowite, jak w tych trudnych warunkach ludzie zdołali znaleźć choćby fragmenty żyznej gleby, utworzyli mini poletka do uprawy warzyw i praktycznie wszystkiego, co się da, byleby jakoś móc żyć. Po szlaku biegały kury i koguty. Zrozumiałam teraz, dlaczego tutejsze jajka tak bardzo mi smakowały. Zbliżając się do wioski mijaliśmy lokalnych mieszkańców. Jeden z nich niósł na plecach na oko dwudziestokilowy worek, a na nogach miał jakieś gumowe ciżemki. Poczułam wstyd, że narzekam na to podejście mając na sobie porządne obuwie oraz strój trekkingowy i jeszcze się wspomagam pijąc wodę z elektrolitami. Poczułam, się też, jak taka typowa miejska ciepła klucha z fancy Europy.
We wiosce nadszedł czas na przerwę w miejscowej kawiarni, gdzie orzeźwiłam się świeżo wyciskanym sokiem z guawy. Była też chwila na zdjęcia uroczych, kolorowych domków z praktycznie każdej strony wioski. A potem to już właściwie szeroka ostatnia prosta do Ponta do Sol. Tego dnia mieliśmy najdłuższą trasę, ale pomimo kryzysu z wczoraj, byłam zaskoczona, gdy doszliśmy do końca szlaku. Miałam zapas sił na jeszcze parę dobrych kilometrów i sama nie wiem, jakim cudem. Widocznie dzień urodzin dodaje człowiekowi ekstra mocy.
Myślałam, że to komplet wrażeń w tym dniu. Było późne popołudnie, byliśmy wszyscy zmęczeni, więc jedyne, co nas mogło czekać to kolacja i spanie. Okazało się jednak, że się pomyliłam.
Ciąg dalszy zapewne nastąpi…