Korpotramwaj
Tramwaj wjeżdża w dzielnicę biurowców. W mordor korporacyjny, można powiedzieć. Kilkunastopiętrowe wieżowce dookoła. Rozglądając się po ludziach już widać, kto zaraz wysiądzie. Wszyscy niemal tacy sami. Z airpodsami w uszach, ubrani w sznycie smart casual, z plecakami na laptopy. Wybiła korpogodzina – wysiadać.
Idę między nimi i śmiać mi się chce, bo wyglądam tak samo. Na pierwszy rzut oka poważnie i profesjonalnie, ale z tych airpodsów idą ciężkie brzmienia epickiego folk metalu, powermetalu albo ostrej techniawki, jak z berlińskich dyskotek, czy też naszych rodzimych Manieczek. Za chwilę wyciągnę swoją kartę dostępu zawieszoną na firmowej smyczy. Przejdę przez bramki, wjadę windą na odległe piętro, a potem podepnę laptopa do stacji dokującej. Pomacham na zielono na Teamsach, żeby widzieli, że się zalogowałam, coś tam może kliknę, na coś od niechcenia zerknę i zaraz prędko wybiegnę do kuchni po kawę. Jak do źródła zasilania. To jest moja stacja dokująca – firmowy ekspres.
Wokół te same twarze. Dinozaury. Zastanawiam się, jak długo jeszcze będzie nam dane albo mi dane tak pracować, czy tutaj pracować, czy ogólnie – pracować w tej branży. Patrzę i się zastanawiam kiedy minęły te lata. To było chwilę temu, gdy zaczynałam karierę. Byłam pełna pasji, dumy, energii. Taka szczęśliwa, że jestem korpoludkiem. Czułam się taka nobilitowana. Własnymi siłami, bez niczyjej pomocy dostałam się do bardzo prestiżowej firmy jeszcze na końcówce studiów i tak potem płynęłam na wysokich falach. Na głębokiej wodzie, która naprawdę dużo mnie nauczyła i ukształtowała.
Ale dziś już nie czuję tego samego.
Może się wypaliłam, a może intuicyjnie przeczuwam, że moja kariera się kończy? Nie podnieca mnie już ta plakietka, szklane wieżowce, smart czy business casual ani nawet owocowe czwartki. Kiedy zaczynałam, pragnęłam być taką specjalistką, którą dziś jestem. Czuję się spełniona. Moja miłość do tego zawodu jest nadal żywa. A po ostatnich trudnościach uświadomiłam sobie, że chyba jest czymś więcej niż miłością – jest misją. I to może dlatego nie jest mi dane być z mężczyzną, bo może nie jestem w stanie tak bardzo dać się pochłonąć miłości do partnera, jak pochłonęła mnie miłość do zawodu. Mimo jednak wszystko mam świadomość, że moja branża może wziąć ze mną rozwód i będę musiała odnaleźć się w czymś innym. Co przyjmę z pokorą i spokojem, bo – no właśnie – zrobiłam już tutaj chyba wszystko, co mogłam. Tylko, co innego byłabym w stanie robić po tych wszystkich latach? Ja mam kod we krwi i podejrzewam, że gdyby dobrze mnie zbadać, to stwierdzi się spore ilości krzemu w organizmie oraz narządy sterowane zerojedynkowo. Wrosłam w komputery, a one we mnie.
Wybiła siedemnasta. Razem z armią smart casualowych elegantów złapałam ten sam tramwaj. Każdy z nas wtopił się i rozproszył gdzieś na pojedynczych siedzeniach. Oczywiście, że znów z airpodsami w uszach. Przestałam ich obserwować. Spojrzałam za to przez okno. Jakiś facet prowadził auto z papierosem w ustach mając uchyloną szybę. Jakiś taki energiczny był, coś pewnie załatwiał gorączkowo. Na najbliższym przystanku z kolei stała kobieta trzymająca ślicznego kota na rękach. Chwilę dalej, na światłach młody chłopak w czarnym BMW na warszawskich blachach kiwał się w rytm muzyki. Chodnikiem szedł obłędnie przystojny i atrakcyjny mężczyzna o arabskim typie urody. Rozmawiał przez telefon, był gustownie ubrany. Lecz potem zapalił papierosa i przestał mi się podobać. Tramwaj wjechał na most. Tam, po ścieżce pieszo-rowerowej jechała na rowerze młoda blondynka, a facet z przejeżdżającego obok samochodu tak się za nią oglądał, że o mało nie zjechał na sąsiedni pas.
Tramwaj był dziwnie luźny. Nauczyciele, urzędnicy, seniorzy albo dzieciaki ze szkół już dawno mieli swoją godzinę szczytu. Teraz dochodziła siedemnasta trzydzieści i już tylko my – korporacyjni – dobijaliśmy do domu nieprzytomni, jak zombiaki. Błędny wzrok, wpatrzony statycznie w jakiś jeden punkt, te nieszczęsne słuchawki odcinające nas od świata i jego bodźców. Nawet w telefon nie mieliśmy sił się gapić, jak to ci wszyscy inni ludzie z innego świata. Jakby Dementorzy wyssali z nas energię. Ale jutro pewnie będziemy pracować zdalnie. I swój tępy po pracy wzrok ulokujemy na podłodze naszego salonu, w mieszkaniu kupionym za kredyt hipoteczny na trzydzieści lat. A gdy złapiemy kontakt z rzeczywistością wybije północ. Zawoła nas łóżko i pyk – za chwilę znów będziemy zieloni na Teamsach.