Burzliwe wibracje przyziemne
Szaroróżowe niebo po burzy, jeszcze w deszczu, rechot żab dochodzący zza uchylonych drzwi tarasowych, delikatne światełka i herbata rumiankowa. O, jeszcze od czasu do czasu zagrzmi leniwie jakaś uparta chmura. Kocisko rozsiadło się wygodnie tuż obok mnie na kanapie. Jak to się stało, że ten dzień dobiega końca? Tyle się działo, że zdarzenia z poranka zdają się być tak odległe, jakby wydarzyły się wczoraj.
Dziecko oczekuje, że będziesz dla niego matką na sto procent, a pracodawca oczekuje, że będziesz dla niego pracownikiem na sto procent. Nawet kot ma swoje oczekiwania i oczekuje, że będziesz mu służyć na sto procent. To wszystko nie jest łatwe. Tak żonglować czasem, energią, uwagą. Nikogo nie zawieść i wszystko dowieźć. Trzeba być wielowątkowym, zupełnie, jak systemy, w których tworzeniu uczestniczę. Sama jednak jestem takim systemem i po całym dniu działania zastanawiam się, kto mnie tak dobrze zaprogramował, że udźwignęłam aż takie obciążenie.
Zawsze wtedy sobie przypominam swoje dzieciństwo. Moja matka tak nie musiała żonglować. Miała rodziców po sąsiedzku, którzy ogarniali wszystko. A dokładniej to moja babcia ogarniała, bo dziadek jeszcze długo był aktywny zawodowo. Moja matka mogła pracować na sto procent i nie przejmować się niczym innym. Gotowanie, sprzątanie, pranie, dzieci – tym zajmowała się moja babcia i to ona tak naprawdę wychowała mnie i mojego brata. Mało tego, moja matka zawsze miała i ma męża – mojego ojca. Zatem tym bardziej miała lżej. W sumie to czuję zazdrość i taką cholerną niesprawiedliwość. W czym moja matka była lepsza ode mnie, że miała lżejsze życie? Ja nie mam jej do pomocy tak, jak ona miała swoją matkę. Ja nie mam męża. Jedyną moją chwilą na oddech jest tryb opieki naprzemiennej, który daje mi co drugi tydzień względnej wolności (co zresztą akurat moja matka wybitnie i ostro krytykowała przez bardzo długi czas). Ale to jest tak naprawdę okruch luksusu w porównaniu do tego, co miała moja matka. Co ciekawsze – ja nawet nie mogę jej poprosić o pomoc, bo nie dość, że mieszka daleko, to i tak jest aktywna zawodowo, więc nie ma opcji, by jakkolwiek była w stanie mi pomóc. Zresztą, to nie jest typ babci, która siedziałaby z wnukami. Wnuki są dobre na chwilę, raz w tygodniu albo raczej raz na dwa, w niedzielę, na obiad. I tyle. To głupie może, co czuję, ale mam wrażenie, że to ja jestem bardziej matką swojej matki, a nie córką. Czuję, że życie mnie mocniej przeorało i nadal ora, no i nie raz w związku z tym zauważyłam, że moja matka kompletnie nie rozumie tego, co przechodzę każdego dnia. Mimo, że to ona jest starsza, to ja chyba więcej zdążyłam w tym życiu doświadczyć. Kiedyś strasznie się z nią kłóciłam, najczęściej w pierwszych latach po rozwodzie, ale potem zrozumiałam, że po prostu jesteśmy na innych płaszczyznach. Teraz traktuję ją bardziej, jak swoją córkę i już się nie kłócę.
Burza nie chce się poddać. Grzmi jeszcze w oddali, a niebo przybrało barwę szaropomarańczową. Żaby nadal rechoczą, a deszcz kojąco szumi.
Ten wpis miał być o czymś innym. Miałam wczoraj taką wielką rozkminę w głowie i czułam, że muszę zaraz ją napisać. Lecz zabrakło mi dwudziestej piątej i dwudziestej szóstej godziny, a dziś, gdy ją złapałam po około dziesięciu godzinach pracy oraz wyszykowaniu dziecka na drugą zmianę u ojca, to myśli mi uciekły w inną zupełnie stronę. I piszę tak przy tej burzy i deszczu poddana spontaniczności oraz temu magicznemu czemuś, co zawsze we mnie wstępuje, jak tylko odpalam prywatny komputer. Temu czemuś, co samo prowadzi moje dłonie po klawiaturze.
Chyba jestem po prostu zmęczona, ale nie na tyle by nie wydusić z siebie paru zdań, bo gdzieś tam w głębi buzuje ta wielka rozkmina. Tylko może jeszcze nie dziś. Może innym razem. Może jeszcze musi się wygrzać, dojrzeć i nabrać pełni barw tak, aby zagrała na emocjach aż do bólu.
Jutro znów muszę pracować mimo, że to sobota. Ale i tak cieszę się, że nastał w końcu piątek.
A zatem, o co mi chodzi z tą matką? Może ona miała lżej dlatego, że jest mniej emocjonalna i mniej wrażliwa niż ja? Może właśnie o to chodzi – by być takim, jak nasza planeta – ubranym w grubą skorupę? Może właśnie wtedy, gdy człowiek jest bliższy planecie, a co za tym idzie wibruje na jej częstotliwości, to wówczas wszystko płynie? Jak w idealnie zgranej orkiestrze. Bo przecież Ziemia jest strasznie przyziemna. Miałoby to sens.