Na pełnym morzu

Sterta w rozmiarze czterdzieści

Najdroższy Szanowny Czytelniku – czy też może Dearest Gentle Reader? Tak sobie czasem bezczelnie i butnie myślę, że mam coś w sobie z Whistledown. Aczkolwiek używam znacznie gorszego języka i kompletnie nie mam w związku z tym wyrzutów sumienia.

Ileż to razy mi się ludzie pytali, czy daję swoje powieści komuś do przeczytania przed publikacją albo jak ogarniam korektę. Yyy… sama to robię? Wiem, że to nie jest ani ładna ani oczekiwana odpowiedź. Ale to prawda – nie mam potrzeby angażowania kogoś z zewnątrz, bo to nie dzieła naukowe, które wymagają sprawdzenia. Moje teksty są brzydkie, ale za to prawdziwe. I do dziś odżałować nie mogę korekty pierwszego zdania w „Panu idealnym” poczynionej przez wydawnictwo – to zdanie straciło swoją moc. Zupełnie. Zostało wykastrowane. Dlatego już nigdy więcej. Nikt nie musi mnie czytać, jeśli się to komuś nie podoba. Moja twórczość jest święta i nie zamierzam jej jakkolwiek ograniczać.

Tak samo, jak z czytaniem. Ludzie myślą, że jeśli moją pasją jest pisanie, to znaczy, że na pewno jestem molem książkowym. Pytają mnie, co czytam, bo zakładają, że czytam. Ciekawi ich, co mnie tak inspiruje. Yyy… życie? To co się odwala w moim mózgu i na duszy? Yyy… ja nie czytam – ja piszę? Owszem, czasem coś przeczytam, ale to na pewno nie jest moja ulubiona forma spędzania wolnego czasu. Zdecydowanie nie.

Wracając do grzebania w duszy. Zauważam, jak bardzo wielu ludzi, w tym ja, uwielbiają hodować problemy. Zakochiwać się w nich, pielęgnować, jak wspaniały ogród, żyć nimi, tym samym żyjąc częściowo w przeszłości. To tak, jakby mieć stertę śmieci na środku w salonie – ona przeszkadza, utrudnia dojście do kuchni czy łazienki, ona śmierdzi i po prostu źle wygląda. Ale na myśl, by ją posprzątać, by się zwyczajnie jej pozbyć, zaczynają się załączać mechanizmy strachu. No bo przecież, jak to ruszę to mogę zrobić większy rozgardiasz. No bo jak dziś zacznę, to stracę czas i niczego innego już nie zrobię. Bo się boję, że mi sił nie starczy. Bo się może z czasem okazać, że trzeba będzie użyć dodatkowych zasobów – na przykład po uprzątnięciu ujawni się paskudna plama na podłodze, której wyczyszczenie będzie wymagało zakupu specjalnych środków. I nagle, po tych wszystkich rozkminionych „strasznych” przypadkach, przestajemy kompletnie widzieć cel, czyli czysty i pachnący salon, z udrożnionym przejściem do innych pomieszczeń w domu. Wygodniej jest więc jakkolwiek zaakceptować tę stertę, a nawet ją ogrodzić ładnym płotkiem i udawać, że to jest element wystroju. Wygodniej to spryskać perfumami i udawać, że nie czuć przebijającego smrodu. Zupełnie analogicznie jest z naszą przeszłością. Doszukujemy się przyczyn rozmaitych traum, obwiniamy rodziców, rówieśników z podstawówki, lata dziewięćdziesiąte i cholera wie, co jeszcze. Ale to było. Dawno. Czyż nie lepiej to po prostu puścić? Sprzątnąć zdecydowanym ruchem bez zastanawiania się, skąd to się to tutaj w ogóle wzięło? Co nam to tak naprawdę da, jeśli dokopiemy się do przyczyn uformowania się sterty syfu?

Strach jest najgorszym złem tego świata. Znów to powtarzam. I to właśnie on jest tutaj znów kluczowy. Boimy się sprzątać – łatwiej kopać w przyczynach z nadzieją, że owa przyczyna będzie magicznym antidotum. No ale sorry – nie, nie będzie. Bo jeśli na przykład przyczyną mojej obawy przed kolejnym skrzywdzeniem w relacji jest moja słaba asertywność, poprzez którą pozwalałam, aby mężczyźni przekraczali moje granice, to po odkryciu tego faktu, ja się nagle nie stanę super asertywna. A jeśli nawet, to i tak nie mam gwarancji, że mnie to uchroni. Dlaczego mam się zmieniać, skoro nie zrobiłam niczego złego? Czy to w ogóle jest możliwe, by zmienić coś, co jest we mnie rdzenne? Zdecydowanie zdrowiej jest puścić tę przeszłość, tych wszystkich krzywdzicieli i dalej być sobą. Nawet jeśli ktoś znów miałby wejść i mi narobić w salonie.

Po raz pierwszy w tym życiu złapałam się na tym, że tak naprawdę akceptuję swoje ciało. Kupiłam niedawno spodnie online w rozmiarze trzydzieści sześć. Okazały się za małe – nie dopinały się w pasie. No więc bez żalu odesłałam. Potem, jedyną rozkminą, którą miałam to, czy zamówić je ponownie w rozmiarze trzydzieści osiem czy czterdzieści. Kompletnie te liczby nie robiły na mnie wrażenia – zależało mi wyłącznie na tym, aby spodnie dopasowały się do mnie, do mojego ciała i abym się czuła w nich swobodnie. To jest rewolucja, bo jeszcze do niedawna nie dawałam sobie prawa do zakupu ciuchów w rozmiarze czterdzieści, a na trzydzieści osiem zgadzałam się warunkowo. Ciuchy w tym rozmiarze mówiły mi, że jestem po prostu za gruba i muszę się katować tak długo, dopóki nie wcisnę tyłka w maksimum trzydzieści sześć. Co ciekawe, niezależnie od marki i sklepu narzucałam sobie, że muszę wejść w rozmiar trzydzieści sześć. To ja się miałam dostosować do innych, a nigdy na odwrót. Takie miałam myślenie. To było okropne.

Teraz z pogardą popatrzyłam na rozmiar tych spodni uznając go za dalece odbiegającego od normy. Nie mniej, spodnie są piękne, więc zamówiłam je w rozmiarze czterdzieści bez najmniejszych wyrzutów wobec siebie. Dopiero teraz zrozumiałam, że to tylko liczba, czyjaś wizja, czyiś wymysł. I to nie ja muszę się pod to dostosowywać. Czyjaś wizja rozmiaru – jak moje pisanie, jak moje wizje w powieściach i mój brzydki tekst.

A ja zawsze chciałam być, jak woda – idealnie dopasować się do kształtu każdego naczynia. Wszystkich zadowolić i wszystkim zrobić dobrze, tylko nie sobie. Zgubiłam siebie, a to tylko w byciu sobą jest moc. Do sprzątania stert i innych takich.

Verified by MonsterInsights