Na pełnym morzu

Zabójcze motyle

Ostatnio oglądam Bridgertonów od początku razem z moją córką, bo była ciekawa tego hitu, za którym poszedł nie tak dawno wszechogarniający merch po rozmaitych sklepach. Zaczęło się od uroczej szczotki do włosów z logo Lady Whistledown, upolowanej w Primarku, a skończyło na tym, że siedzimy obie przez calutki tydzień, tak przeze mnie zwany „tygodniem z dzieckiem”, do niemal północy z oczami na zapałki, byleby dokończyć odcinek i zamknąć kolejny sezon, nim Mała pójdzie do ojca.

Ale w sumie nie o tym. Chociaż trochę i o tym.

Oglądając ten niewątpliwy hit po raz drugi oczywiście widzę więcej i wiem więcej – „tak to jest mniej więcej”. Otóż, dostrzegłam, że każda wielka miłość kolejnego dziecka Bridgerton to tak naprawdę toksyczna miłość – jak to się w tych czasach teraz mawia. W ich relacjach nie ma ani grama spokoju. Emocje na pełnej fali, od skrajności w skrajność. Ale to jest tak głębokie, że nie mogłoby działać inaczej. I koniec końców, oczywiście szczęśliwy, brzmi, jak: „żyli długo i szczęśliwie”. I to jest, kurwa, piękne.

Nie rozumiem tego dzisiejszego hejtu na burzliwe miłości. Mam wrażenie, że określenie „toksyczny” jest zdecydowanie nadużywane. Niemal każdy w każdym widzi jakąś toksyczność. I ta narracja, że jak czujesz motyle w brzuchu to uciekaj, bo prawdziwa miłość powinna nieść spokój i ukojenie. Tylko, że z moich całkiem barwnych w tym temacie doświadczeń zauważam, że najpiękniejsze relacje w moim życiu, to były dokładnie te, które budziły największe emocje. Gdy czułam spokój, to tak naprawdę było już po relacji. Przychodziła nuda, a to jest dla mnie największy red flag, że tak to ujmę po staropolsku. Wiem, balansuję na krawędzi i zapewne wzbudzam teraz myśli w stylu: „Jezu kobieto, potrzebujesz terapii!”.

Nie, nie potrzebuję. Nie jestem typowym millenialsem i szczęśliwie uniknęłam jakiejkolwiek terapii w swoim życiu. Choć, co prawda, miałam epizod z psychiatrą i antydepresantami, ale krótko później koncertowo wyrzuciłam je do kosza i przerwałam leczenie. Od tamtej chwili minęło prawie siedem lat i ciągle żyję, i nawet mam się całkiem dobrze.

Wracając do tematu toksycznej miłości – oczywiście, gdy w grę wchodzi przemoc, to nie ma dyskusji i tutaj nie o tego typu emocje mi chodzi. To jedyny rodzaj jakiejkolwiek relacji, którą można nazwać toksyczną – gdy jest w niej przemoc. Jednak, gdy jednego dnia szalejemy z namiętności, następnego pokłócimy się o pierdołę, rozejdziemy i po czasie znów do siebie wrócimy w jeszcze większej namiętności – to już jest bardziej to, co mam na myśli. I to nie tak, że marzę o wiecznych zejściach i rozejściach, ale kiedy takie czy podobne rzeczy się dzieją, to świadczy tylko o jednym – o głębi uczucia. Czyli tego, czego szukam. By dotknąć czyjejś duszy tak bardzo, że aż czasem zaboli. I to jest, kurwa, piękne.

Zatem niechże fruwają te motyle. W tym brzuchu. Niech fruwają i dotykają duszy. Bo to, że nic nie jest dane na zawsze już doskonale wiem. Przestałam wierzyć w miłość na całe życie, na długie lata. Zresztą, co mi po takiej, jeśli będzie powierzchowna? To nie będzie ta miłość, jaką jestem zainteresowana. Znudzi mnie bardzo szybko, więc ją puszczę. Lepiej krótko, ale intensywnie i prawdziwie. Może to moja Wenus w Bliźniętach albo Mars w Wodniku? A może to tylko ja, która poluje na dusze niczym szatan?

Verified by MonsterInsights