Na pełnym morzu

Nostalgia starej programistki

Mój najnowszy flashback to czasy studenckie. Chyba nigdy o nich szczególnie nie wspominałam. Lecz dziś, po szkoleniu z AI naszła mnie ciężka refleksja. Maszyny, które pokochaliśmy i nad którymi mieliśmy moc, teraz zaczynają nas aż zbytnio wyręczać. Czuję, że muszę opuścić swoją branżę, że jedna z największych miłości mojego życia właśnie dobiega końca. A może to tylko strach?

To był rok 2007. Mieliśmy po dziewiętnaście lat. Niektórzy może tylko rok albo dwa więcej, bo zaliczyli jakiś falstart na innym kierunku albo byli po technikum. Większość jednak przyszła po liceum w wieku lat dziewiętnastu, jak i ja. Czuliśmy się, jak Neo z Matrixa, na którym się wychowaliśmy. Jak wybrańcy. Ci nieliczni, którzy potrafią rozmawiać z komputerami. Pamiętam, że mało kto wówczas odważył się podejść do matury rozszerzonej z fizyki. Matematyka – bez problemu, ale fizyka? Coś strasznego. Ja się odważyłam i poszło mi lepiej niż bym sądziła. Mimo, że nigdy nie miałam dobrego nauczyciela od fizyki. Szczególnie w liceum. To mi pomogło dostać się na upatrzoną Politechnikę i wymarzony kierunek – informatyka na Wydziale Elektrycznym. Czułam, że jestem Bogiem.

Było nas ponad stu trzydziestu na roku i w tym tylko sześć kobiet. Włącznie ze mną. Podzielono nas na cztery grupy. W pierwszej były dwie dziewczyny – N. oraz D. W drugiej tylko S. W czwartej M. oraz Ś. (na tę literę zaczynał się jej pseudonim). A w trzeciej grupie byłam ja, również sama, jak i S. Cała reszta kierunków na uczelni wyglądała proporcjami bardzo podobnie albo i gorzej. Byłam przerażona w pierwszym dniu pośród tego tłumu testosteronu. Szybko jednak się przyzwyczaiłam i przestałam zwracać uwagę, gdy wykładowcy witali się „dzień dobry panom” zamiast „dzień dobry państwu”.

Po pierwszych dniach przykolegowało się do mnie dwóch chłopaków. Jeden z nich ewidentnie próbował ze mną flirtować, a potem dowiedziałam się, że miał dziewczynę na tej samej uczelni i wtedy straciłam do niego resztki szacunku. Lansował się MacBookiem, co w tamtych czasach stanowiło szczyt luksusu i bogactwa. Przeważnie ludzie jeździli na wykłady z laptopami Asusa, Acera albo IBM i najczęściej z jakąś wersją Linuxa na pokładzie. Dość obciachowo było mieć Windowsa. Studentowi informatyki nie przystało bujać się na systemie operacyjnym, którego znają wszyscy i w którym wszystko da się wyklikać. Linux był ambitniejszy. Linux miał terminal i operowało się nim głównie komendami, jak czarodziej magicznymi zaklęciami. I ja wkrótce sformatowałam dysk z Windows Vista, na którym dumnie potem zainstalowałam Ubuntu.

Czarodzieja też mieliśmy. W grupie drugiej był Harry, bo wyglądał jak Potter. Był typowym piwniczakiem w dresach i zaklinaczem kodu. Zdobył respekt wszystkich, bez wyjątku. Był królem roku. Mimo, że totalnie leżał z matmy, bo w technikum, do którego uczęszczał, matma była tylko na poziomie podstawowym. Szybko jednak nadrobił zaległości i zdał bez problemu egzamin ze statystyki oraz prawdopodobieństwa, który był jednym z najpaskudniejszych.

To były czasy, w których jeszcze Facebook nie był popularny, a na pewno nie w Polsce. Jak się zatem komunikowaliśmy? Rooter, koleś z czwartej grupy postawił forum na PHP, na wykupionym serwerze, na którego całym rokiem się zrzuciliśmy. Nasze forum było świątynią. Pamiętam aferę, gdy na drugim semestrze zaczęłam chodzić z Neo1K4 z drugiej grupy i Rooter, jako admin pokolorował nasze nicki na różowo. Ludzie się oburzyli, że nas tak wyróżniono. Bartas z grupy drugiej krzyczał w shoutboxie, że o miłości i różowych nickach można mówić po, co najmniej dwóch latach chodzenia. Aż mi się teraz łezka w oku kręci na to wspomnienie.

Tak, pary się potworzyły. M. z grupy czwartej przez krótką chwilę była dziewczyną Harrego. Ja najpierw przez krótką chwilę chodziłam z R. z mojej grupy, ale tylko w pierwszym semestrze, natomiast na drugim już byłam dziewczyną Neo1K4. Z kolei Ś. związała się z Rooterem. I to był związek najpoważniejszy z nas wszystkich. Zostali parą na dobre dziesięć lat. Nigdy nie wzięli ślubu, nie mieli dzieci, a po tych dziesięciu latach Rooter nagle uznał, że preferuje poliamorię. Zostawił Ś. i bujał się z różnymi kobietami na raz. Ś. jest singielką od wielu już lat. D. nie miała chłopaka na studiach, ale potem chyba kogoś poznała. Nie wyszła za mąż i nie ma dzieci. N. też nigdy nie wyszła za mąż, ale ma dziecko. S. również nie wyszła za mąż i nie ma dzieci. M tak samo. Ja byłam jedyną z nich, która wzięła ślub, ale jak wiecie moi drodzy, zacni czytelnicy, rozwiodłam się po niecałych sześciu latach i od siedmiu lat singluję, ale mam córkę. Córkę, która dostała imię po pierwszej programistce – Adzie Lovelace. Jakże by mogło być inaczej, skoro jej oboje rodzice są informatykami? Mój mąż był w grupie pierwszej, ale nawiązaliśmy ze sobą kontakt dopiero będąc na trzecim roku, gdy zaczynaliśmy pisać pracę inżynierską. To nie było dziwne, że się ze sobą zbyt często nie rozmawiało i że można było kogoś poznać dopiero po paru latach wspólnego studiowania. To w ogóle nie jest dziwne wśród ludzi z mojej branży. Pamiętam, że połączyła nas wspólna grupa na niemieckim, bo musieliśmy mieć drugi język. Nauczyłam się, że linie wysokiego napięcia po niemiecku to hochspannungsleitungen i to było, kurwa, piękne.

Dzień, w którym zostałam inżynierem informatyki był wówczas najpiękniejszym dniem w moim życiu – to było siódmego lutego roku 2011. Nie śmiałam marzyć, że spełnię to pragnienie. Niedługo później, w roku 2012 spełniłam kolejne i zostałam magistrem inżynierem. Spełniłam dziecięce marzenie, by być jak Neo, a raczej Trinity z Matrixa. Choć tak naprawdę byłam nią już wcześniej. Gdy w wieku dziesięciu lat popsułam matce komputer instalując dziwną nakładkę na system operacyjny albo jak zamiast bawić się z dziećmi na dworze grałam w grę Tomb Raider albo jak eksperymentowałam z grafiką w Corelu.

I teraz co? Kod wyrasta naprzeciwko mnie mówiąc „w czym mogę ci dziś pomóc?”, a firmy IT zwalniają ludzi zawczasu, bo liczą, że AI ich zastąpi, więc chcą oszczędzać już w tej chwili, tak z góry. Rozmyślam, cóż innego mogłabym robić, ale oprócz tworzenia w języku literackim, jak i w języku maszyn, nie mam wiele światu do zaoferowania. Wrosłam w maszyny od dziecka. Zryłam sobie psychikę od algorytmicznego myślenia i wiecznych logicznych analiz. To nie przypadek, że tak nam wszystkim, Neo i Trinity, nie wyszło w relacjach romantycznych. Coś za coś.

Ciąg dalszy być może nastąpi.

Verified by MonsterInsights