Przepięcie
Czasem spada grom z jasnego nieba. Czasem dzieje się coś z niczego. I nie, to wcale nie musi być pozytywne. Właściwie rzadko kiedy jest. To tylko tak ładnie brzmi, gdy się mówi o tych gromach. Ludzie lubią romantyzować chaos. Albo po prostu dla innych gromy są jasne, a tylko dla mnie wykurwiste. Tak, to na pewno tylko ja i moje pojebane historie.
Znów flashback, tym razem na żywo. Spotkałam kogoś, kto najwyraźniej znaczył dla mnie więcej niż sądziłam. Kogoś z przeszłości, jakby niedomkniętej. Z czasów ciężkiej, wspólnej pracy. Zarwanych weekendów, nadgodzin, stresu i ścisłych terminów. Przecierania kompletnie nowych szlaków. Rzuceni razem na głęboką wodę, jak takie dwie samotne boje na rozjuszonym sztormem oceanie. Tak bardzo mogłam polegać na jego profesjonalizmie. Wreszcie ktoś, kto naprawdę ogarniał. No więc, jak przyszło trudne zadanie to właśnie nas do niego oddelegowano. Jak parę komandosów. Wariatka i ten rozsądny, do bólu techniczny, który mógłby pilotować odrzutowiec.
A potem drogi się rozeszły.
A potem przyszedł taki dzień, jak wczoraj i znów się spotkaliśmy na branżowym meetupie. Dwójka geeków w nerdowskim środowisku. Ten flow, ta rozmowa. Pizza stygła, przerwa mijała. A my dalej o tych wdrożeniach, testach, krzywym kodzie. I innych bolączkach. O ejaju wszechogarniającym i wszechmogącym. Ten, kurwa, spark w powietrzu. W zasadzie całe iskrowisko sparków. Chemia i fizyka.
Ale. Ale przecież w gruncie rzeczy jesteśmy introwertykami. Coś nas przerosło. Tego było zbyt wiele. Zbyt wiele sparków. Groziło pożarem. Przepięciem jakimś. Wystrzeliły nam zatem bezpieczniki. Po ostatniej prezentacji on gdzieś uciekł w tłum, a ja wyszłam po angielsku. Tak nagle i zupełnie bez słowa. Bez nawet małej kropki.
Doznałam awarii swojego systemu. Nie mogłam sobie w domu znaleźć miejsca, więc zaczęłam sprzątać po dwudziestej drugiej. W końcu usiadłam, zgasiłam światła, zapaliłam świeczki, włączyłam serial i znieczuliłam się dwoma lampkami wytrwanego i czerwonego. Znieczulenie kiepsko podziałało. A konkretnie to wcale.
I jeszcze potem ta wiadomość na Instagramie… Za dużo!
Chodzę dziś tak bardzo agresywna. Wiem, że mój wzrok zabił dziś parę osób, a na pewno pana na dworcu, który zapewne chciał ode mnie jakieś pieniądze, lecz nawet nie dałam mu dojść do słowa. Jestem wściekła na siebie, że to spotkanie obudziło we mnie coś, co tak skrzętnie starałam się uśmiercić i pewna byłam tej śmierci.
A propos śmierci… Gdy wróciłam z biura do domu i spojrzałam przez okno swojej sypialni zauważyłam, że pod sąsiednim blokiem stoi czarny karawan z otwartym bagażnikiem. Po niedługim czasie panowie z zakładu pogrzebowego wynieśli sąsiada albo sąsiadkę w czarnym, zasuwanym worku. Odprowadziła ich zapłakana kobieta. Popatrzyłam zza firany, podniosłam rękę i powiedziałam: „No to cześć! Zazdro, bo ja muszę się tu jeszcze pomęczyć…”.
Tak mi się w chuj przykro zrobiło. I to naprawdę z zazdrości. Ten ktoś już się nie męczy.