Dżem z papai – odcinek ósmy
Siedząc w busie i przyglądając się konduktowi pogrzebowemu zastanawiałam się, co z nami będzie, jeśli nie zdążymy na prom. Czy to by oznaczało, że nasz całkowity pobyt się przedłuży i może jednak zdobędziemy kolejnego dnia Tope de Coroa? Tak całkiem na spontanie? Chyba nie miałam na to ochoty. Chciałam znaleźć się w domu na czas – poprawka – musiałam znaleźć się w domu na czas, bo czekała na mnie komunia własnego dziecka. Gdybym ją zawiodła, to byłaby większa porażka niż moja kostka, palce czy nienajlepsza kondycja. To byłaby katastrofa. Ale przecież byłam w podróży, daleko od domu. Mogło zdarzyć się wszystko. Jak chociażby wybuch jakiejś kolejnej głupiej wojny.
Ktoś powiedziałby, że to nieodpowiedzialne, by na tak krótko przed ważną uroczystością wyjechać sobie na koniec świata. Ja natomiast uważam, że nigdy nie ma dobrych momentów na jakiekolwiek działania w swoim życiu. Jest za to marnowanie czasu na czekaniu na coś, co może nigdy nie zaistnieć.
Kondukt wreszcie ruszył. Przed karawanem szedł człowiek nagrywający relację na żywo na jakimś Facebooku albo innym Instagramie. Dało się poczuć, że to jest naprawdę ważne wydarzenie we wiosce. Ludzie byli bardzo elegancko ubrani, nieśli ładne wieńce. Cała społeczność na ten moment się po prostu zatrzymała i z wielkim respektem pożegnała godnie swoją mieszkankę.
Gdy nas wszyscy wyminęli, mogliśmy opuścić Curral Das Vacas. Nasz piękny kierowca dał nam popis swoich umiejętności. Najpierw przecisnął się na centymetry obok innego busa, a potem sunął po tych górskich serpentynach z zawrotną, ale bezpieczną prędkością. Miał idealne wyczucie. A my dotarliśmy na czas do portu. Wydawało się, że jesteśmy uratowani. Do czasu. Do czasu aż bilet grupowy okazany przez naszego lokalnego przewodnika, który tak swoją drogą miał na imię Nelson, nie pozwolił się zwalidować i przepuścić nas przez bramkę.
Nelson nagle gdzieś poszedł i zniknął, a my zostaliśmy sami przed bramką spoglądając na statek, który już powoli szykował się do odcumowania. Poczuliśmy się porzuceni na lodzie i jeśli dotąd nie wszyscy zdołali się zestresować, to teraz nadeszła ta chwila, że nerwy dopadły nawet tych najtwardszych. Staraliśmy się żartować, by rozładować napięcie, ale coraz mniej było nam do śmiechu. Po pewnym czasie pozwolono nam zapakować walizki – i tylko walizki. W końcu dostaliśmy znak, by wejść na statek. Tuż po wejściu na pokład kontrolerka zapytała nas o bilet, a koleżanka z grupy rzuciła tylko hasłem „Nelson”. Roześmialiśmy się, roześmiała się i ona, machnęła ręką, a my szturmem wbiliśmy na tę łajbę, jak banda piratów.
Po przypłynięciu na Sao Vicente udaliśmy się do tego samego hotelu, co wcześniej. Tym razem mogłam mu się uważniej przyjrzeć już na trzeźwo. Był całkiem przytulny, lecz bez wind. Nie wiem, jak poprzednio wspięłam się ze swoją walizką na któreś tam piętro, bo nagle to zadanie wydało mi się naprawdę trudne. Zwłaszcza, że dostałam pokój wyżej niż ostatnio i to chyba znacznie wyżej. Cóż, wtedy nie dość, że byłam pijana, to jeszcze stuprocentowo sprawna i wypoczęta. A teraz zupełnie na odwrót. Sama nie wiem, który stan był gorszy.
Z wielką ulgą uszykowałam się na wieczorne wyjście na kolację. Byliśmy w mieście Mindelo – faktycznie było widać i czuć, że jesteśmy w mieście. Restauracja, do której się wybraliśmy była całkiem luksusowa, również z muzyką na żywo. I to całkiem ambitną muzyką oraz profesjonalnymi artystami. Nie, żeby ci z dnia poprzedniego nie byli profesjonalni, aczkolwiek – że tak to ujmę – zbyt mocno wczuli się w klimat Cesarii Evory oraz jej morn. Słowem – smęcili. A o Cesarii jeszcze wspomnę, bo to właśnie tam w Mindelo odkryłam o niej coś, co zaskakująco było również odkryciem o mnie samej. Mam z nią więcej wspólnego niż bym śmiała myśleć.
Wracając do kolacji. Co prawda muzyka nie była deprymująca, ale tym razem to my sami siedzieliśmy jakoś smutno przy tym stole. Czuliśmy, że koniec naszej przygody jest bliski. Przeszliśmy cały trekking i jedyne, co nam pozostało to „tylko” krótkie zwiedzanie Sao Vicente i kierowanie się ku odlotowi do Polski. Coś w nas gasło. Na te parę dni staliśmy się lepszymi wersjami siebie. Oderwani od szarości dnia codziennego, obowiązków, rutyny, mogliśmy rozwinąć skrzydła i nacieszyć pięknem tego świata, którego nie jesteśmy w stanie widzieć kręcąc się w tych naszych kołowrotkach. Mimo najszczerszych chęci. Jakoś tak ciężko zrobiło się na duszy. Trzeba wrócić, trzeba znów się zaprząc. Pora by na nowo ubrać poważną twarz, spiąć się i poprawić włosy. Przełączyć program z „prawdziwa ja” do „mama, pracowniczka, poważna specjalistka w poważnej organizacji” czy jakikolwiek inny, który ubieramy niczym kombinezon astronauty.
Tego wieczoru wróciłam do hotelu pełna refleksji. Potem jeszcze chwilę postałam na balkonie i obserwowałam senne miasto rozmyślając o rozmaitych rzeczach. Chciałam zapisać w pamięci jak najwięcej szczegółów – uchwycić to afrykańskie powietrze głęboko w płucach, przyjrzeć się ludziom, którzy jeszcze o tej porze od czasu do czasu przemykali po ulicach, zapamiętać każdy detal architektury pięknych, kolorowych domów i kamienic. Chciałam zachłannie wyrwać kawałek Cabo Verde wszystkimi swoimi zmysłami. Niczym wampir energetyczny, by później podczas mojego ciężkiego półrocza Skorpiona móc się tym żywić i przetrwać. Ja chyba serio mogę mieć dwubiegunówkę, więc intuicyjnie łapię maniakalne chwile, jak ulotka, by potem przeżyć epizod depresyjny. Dziś wrzucę stos zdjęć z podróży na Instagrama, a po dwudziestym siódmym października zapewne skasuję je w jednej, pewnej chwili. Po to, by się później odrodzić dwudziestego siódmego kwietnia.
Ciąg dalszy zapewne nastąpi…