Na pełnym morzu

Taka pani uroda!

Siódmy miesiąc. Za chwilę koniec roku, bo druga połowa właśnie wystartowała, a ona ma to do siebie, że przemija dwukrotnie szybciej. Znów będę patrzeć na historię swoich porażek uczuciowych – jak wydłuża się stan beznadziei i jak bardzo nadzieje się skurczyły. Nie wiem, czemu zaczęłam odliczać od dnia rozwodu, skoro przecież cały okres małżeństwa nie był udany. Pierwszy poważny kryzys nastąpił właśnie w lipcu – w niecałe trzy miesiące po ślubie. Zatem tak – powoli dobiega końca ten rok, a długość mojej uczuciowej porażki dobije za chwilę do ilości lat… dwudziestu?

Dwudziestu czterech chyba, bo pierwsze tragicznie w moim życiu zauroczenie przeżywałam w wieku lat czternastu.

Właściwie trudno jest mówić o porażce w jakiejś dziedzinie, w której nigdy nie było sukcesu. Jak to nazwać? Pech? Nieszczęście? Zła passa? O, już mam! Ulubione określenie lekarzy na, przykładowo, bolesne miesiączkowanie – taka pani uroda!

Aj, uwielbiam te siódemkowe wiercenie w duszy. Rozkładanie myśli na czynniki pierwsze, jakby się robiło sekcje zwłok. Choć to taki letni, niby pozytywny miesiąc, to jednak siódmy. A siódemka kojarzy mi się wyłącznie z bólem istnienia. Takim dogłębnym, metafizycznym. I jako urodzona dwudziestego siódmego wiem, że jestem mentalną męczennicą. Męczennicą, która lubi sobie sprawiać ból grzebaniem we własnej duszy i psychice.

I moja córka też jest z dwudziestego siódmego. Czerwca. Parę dni temu wyprawiałam jej imprezkę. Przyglądam się jej, bacznie obserwuję i zastanawiam się, jaką implementację dwudziestki siódemki przyjdzie jej wypełnić. Boję się, bo jeśli dostanie moją urodę, to będzie przechodzić przez piekło, które znam, ale nie wiem czy byłabym w stanie ją przed nim uchronić. Bo ono jest zbyt skrojone indywidualnie. Martwi mnie jej ascendent w Pannie – może zbyt dużo sobie zarzucać, a przy urodzie dwadzieścia siedem to nie wróży lekkich emocji w życiu. Widzę jej wrażliwość, taką podobną do mojej. Uciułałam sobie jakąś tam zbroję i tak bardzo chciałabym ją jej oddać, by uchronić zawczasu, lecz wiem, że to tak nie działa. Wiem, że dla mnie nie ma już szans – karma dwadzieścia siedem mnie pokonała. Jedyne, co mnie przeraża to właśnie los mojej córki.

Tak sobie to czytam, co napisałam i brzmi to totalnie abstrakcyjnie oraz niespójnie. Lecz dokładnie tak to wygląda. Taka jest moja uroda.Tak właśnie wygląda ciężar dwadzieścia siedem.

Kopię w przeszłości, bo wiem, że to tam leży klucz. Jednocześnie obijam się o ściany. Nie jestem w stanie złamać karmy. Jest we mnie ciągle wojownik, który nie chce zejść z pola tej nierównej bitwy, mimo tylu ran i niezdolności do dalszych prób. Pewnie któraś w końcu mnie zabije.

Deszcz, który mnie dziś obudził przyniósł niesamowitą ulgę. Zimny i ponury ten dzień. Jak na lipiec – atypowy. Taki siódemkowy. I naszła mnie myśl po ciężkim dniu pracy, w półamoku i przy niedoborze kofeiny. Taka ostra, jak królowa mieczy. Naszła mnie myśl, że już nigdy nikomu nie pozwolę się do siebie zbliżyć. Nigdy nie odpowiem na żaden podryw. Nigdy nie wejdę w jakąkolwiek relację. Będę tak bardzo niezdobyta i nieosiągalna, jak jeszcze nigdy wcześniej. Nigdy już nikogo do siebie nie dopuszczę, choćby klękali i błagali. I stanę się jeszcze lepszą wersją siebie. Taką cesarzową, królową. Taką niewyobrażalnie magnetyczną, lecz ten magnes będzie lodowaty. Choćby się prosili – nie ulegnę.

Skoro dwadzieścia siedem jest nie do obalenia, to trzeba się z nią zaprzyjaźnić. Trzeba się nią stać. I jeszcze bardziej opieczętować się przysięgami, ślubami, mocnymi słowami. Może nie ma sensu z tym walczyć? Może właśnie o to chodzi, by zostać wiecznym pustelnikiem? W końcu taka moja uroda. To mi wychodzi najlepiej, więc przekuję to w złoto.

Verified by MonsterInsights