Oceńcie po tym, jak kończę
Wrócił dziś do mnie motyw zakończenia „Pana idealnego”. Nie dziwne wcale, w końcu retro Merkurego, aczkolwiek to ciekawa zaszłość z przeszłości, która tutaj do mnie przywędrowała, więc nie marudzę. Znajoma zapytała mnie „dlaczego”. Odpowiedziałam jej krótko – bo życie mnie nauczyło, że nie ma happy endów.
Jednocześnie zostawiłam w tym zakończeniu jakąś nutkę nadziei. Nierealną dość. Dla jednych pewnie będzie całkiem pozytywna, dla innych zbyt odklejona. Każdy zrobi z tym, co zechce i to właśnie taki efekt chciałam uzyskać. Mogę rzec dość patetycznie, że chciałam wszystkich uszczęśliwić tym zakończeniem i dlatego jest ono na tyle otwarte, by zostawić przestrzeń na własny dopisek. W efekcie jednak większość jest kompletnie z tego zakończenia nie zadowolona. Zawiedziona, rozczarowana, a co niektórzy się nawet ostro sfrustrowali i nawrzucali mi w recenzjach. Czy to znaczy, że większość ludzi woli jednak, by ich poprowadzić za rączkę? A może o to, by pisać tylko pozytywnie? Pewnie i jedno, i drugie. Mam świadomość, że jeśli ktoś siada do lektury, to pragnie się rozerwać, oderwać myśli od swojej rzeczywistości. Przeczytać coś, co daje pozytywnego kopa i twardą nadzieję. Albo po prostu przeczytać coś przy czym nie trzeba już nic od siebie dawać, wysilać się, domyślać, co też ten autor miał na myśli.
Często autor nie miał nic konkretnego na myśli. Często nawet był zwykłym egoistą i pisał po to, by dać upust swoim chorym emocjom. Często również nawet pragnął zarazić innych swoją melancholią, bo nie chciał czuć się w niej zbyt samotnie. Albo był zwykłym toksykiem. Wiem, co mówię. I wiem, co piszę. Z większą lub mniejszą premedytacją.
Traktuję pisanie, jak odskocznię, tak samo, jak czytelnicy traktują czytanie, jako odskocznię. I może to zabrzmi fatalnie, ale muszę szczerze wyznać, że mało mnie interesują reakcje czytelników na moje teksty. To, na czym naprawdę mi zależy to, by po prostu sobie ulżyć. Mam z tego niesamowitą frajdę i satysfakcję, gdy wydalę z siebie swoje emocje, obrazy, które widzę w głowie i uda mi się to wszystko zamknąć w słowach. To się wtedy tak fajnie materializuje i dzięki temu wiem, że to jest prawdziwe. Ja nie chcę wpływać swoimi tekstami na życie innych. Nie chcę ich pouczać, prowadzić za rączkę ani pocieszać. Nie mam na celu, by prowadzić jakąkolwiek krucjatę czy misję. Nie chcę też absolutnie zarabiać na tym, choć czasami sobie marzę, że świetnie byłoby tylko to robić w życiu i móc za to godnie żyć. Z drugiej strony, o czym miałabym pisać, gdybym nie była dociśnięta jakimś życiem zawodowym, zwykłym życiem, które jest największą inspiracją? To trochę, jak osoby duchowne, które żyją sobie w odosobnieniu, w celibacie, w zakonie, no i myślą naiwnie, że w ten sposób ubogacają się duchowo oraz mają prawo pouczać w tym zakresie innych. No niby z jakiej racji, skoro żyją pod kloszem? No więc, nie – nie chcę być takim pisarzem, co to tylko jest pisarzem. Byłabym wtedy zbyt odklejona i zapewne zbyt nastawiona na komercję. A to ostatnie czego pragnę w tej dziedzinie mojego życia.
I dlatego właśnie jestem dumna z zakończenia „Pana idealnego”, bo wyszło mi ono bardzo moje. Bardzo naturalnie. Niestety, mniej jestem dumna z cukierkowego zakończenia „Wariatki”, bo niestety dałam się trochę ujarzmić po opiniach po „Idealnym” i uznałam, że kolejna powieść będzie już bardziej przewidywalna oraz satysfakcjonująca. W jakimś sensie uległam presji oraz oczekiwaniom innych. Z drugiej strony, „Ja, wariatka” jest na tyle ostrą oraz surową historią, że no niech będzie – dla równowagi jest tam ten kolorowy happy end. Nie mniej, życie mnie nauczyło, że takie zakończenia są nierealne i choćbym chciała w to nie wierzyć, to niestety jestem zmuszona z braku jakichkolwiek dowodów w postaci własnych doświadczeń.
Najbardziej skalibrowane zakończenie jest chyba w „Chłopaku z pustyni”, co też dobrze pokazuje mój pisarski rozwój. Jest ono naturalne, w moim stylu, ale nie nazbyt odklejone. Na pierwszy rzut oka pozytywne, ale jakby się głębiej zastanowić, to trudno powiedzieć, w którą stronę ta historia, by dalej poszła. No bo, bądź, co bądź, ślubu ani deklaracji w tę stronę płynących, to tam nie ma.
Właśnie, odnośnie ślubu. Miałam tę myśl już jakiś czas temu, więc dokleję ją teraz do tego wpisu, jak to u mnie zwykle bywa – żeby było trochę odklejki. Przeczytałam na jakimś czacie wypowiedź na jakiś temat, w której autor użył określenia „moja partnerka”, pisząc o swojej ukochanej. I tak mnie to potwornie ukłuło! Pomyślałam „Boże, jak to ohydnie brzmi”. Równie paskudnie, jak „konkubina”. Nigdy w życiu nie chciałabym, aby jakiś mężczyzna mnie tak nazwał. Albo jestem twoją żoną albo znikaj z mojego życia. Mogę być rozwódką, nawet kilkukrotną (skoro już jestem gorszym sortem, to bez różnicy jeśli będzie tych rozwodów więcej), mogę być żoną, ale jeśli zabierasz moje emocje i ze mną śpisz, to nigdy nie nazywaj mnie partnerką. Partnerką to ja mogę być wyłącznie w interesach, czysto zawodowo. W każdym innym przypadku – albo się żenisz, albo wypierdalaj z mojego życia. Nie pozwolę się inaczej traktować, bo mam swoją godność. Dziękuję.
I tym mocnym akcentem zakończę na dziś. Sami oceńcie, czy to happy end czy może szaleństwo.