Na pełnym morzu

Kombinezon

Nie ma surowszego sędziego oceniającego moje ciało aniżeli ja sama. I to się już nigdy nie zmieni. Nie będę pierdolić farmazonów, że kocham swoje ciało, bo tak nie jest. Szczerze? Czuję, jakby ono nigdy nie było moje. Coś swojego, co sama wykreowałam byłabym w stanie pokochać, ale ten pojazd, którym poruszam się na tej planecie został mi podarowany. I nie będę również pierdolić farmazonów, że prezenty trzeba doceniać. Nie, nie trzeba. Zdarzają się przecież takie nietrafione i to akurat zaskakująco często.

Nie czuję również, bym się prosiła, aby dostać taki podarunek. Nie prosiłam się by zejść na tę planetę i żyć. Odkąd pamiętam nie czułam się sobą i czułam, że jestem tu za karę. Jak się zatem czuję? Jak robotnik zakuty w chomąto, ubrany w roboczy kombinezon, który musi zapierdalać na chleb. Czy taki robotnik może czuć się dobrze w swoim kombinezonie? Czy może go kochać? Czy może widzieć w nim prawdziwego siebie?

Kolejne wakacje na all inclusive i kolejny zalew najgorszych myśli nad basenem. Tu za dużo, tam za mało, tu wystaje, to co nie powinno. I jeszcze na domiar złego te pierdolone włoski w okolicy bikini, które rozrastają się na szerokość niemal pasa startowego przez kawał obszaru ud. Nie idzie ich wydepilować tak, by nie było po nich śladu na dłużej niż parę godzin. A wokół inne kobiety, jak modelki z Victoria’s Secret. Idealnie gładkie ciało, bez cellulitu, bez fałdek, rozstępów albo blizn. I to nie jest Instagram, to nie retusz AI czy inne ustrojstwa. To prawdziwe, żywe, dorosłe kobiety, które widziałam z bliska w skąpych bikini. Wzrok mam doskonały, tak dla ścisłości.

I co? Mam udawać, że jestem piękna? Że moje ciało takie cudne? Mam być body positive? Nie, nie jestem. I nie jestem zwolennikiem normalizowania brzydoty. No niestety, ten świat nie jest wyłącznie piękny. Są istoty śliczne i są istoty szpetne. Uważam, że zdecydowanie bliżej mi do tych drugich, choć jednocześnie nie określiłabym się jako jakaś wybitnie odrażająca. Piękna z pewnością nie jestem, a moje ciało to już w ogóle.

Siedziałam w tym stroju na leżaku, a mój wewnętrzny sędzia nie przebierał w słowach. Mówił tak: „Jak ty wyglądasz? Nie zasługujesz na to, by cię ktokolwiek kochał, no bo przecież nie czarujmy się – faceci kochają oczami. Ten strój opina cię, jak sznurki baleron. Widzisz tę blondynkę? Piękna, nie? Zobacz, jakiego ma ekstra faceta. Teraz się nie dziw, że twoje życie miłosne tak wygląda. Niestety, z takim ciałem nie można zbyt wiele oczekiwać. Ty i tak się cieszyć powinnaś, że miałaś jakiegoś tam męża i masz dziecko. Z twoją aparycją to jest absolutny szczyt możliwości. I tak przekroczyłaś Rubikon, bo powinnaś być sama od zawsze i nieustannie. Niestety, nigdy nie dane ci było mieć szczęścia w miłości, bo wyglądasz, jak wyglądasz. Jesteś tutaj po coś innego, ale na pewno nie po to, by cię ktoś kochał i tak naprawdę akceptował”.

A potem zaczęłam pić Sangrię i Whisky. Więcej i więcej. Znieczuliło. Uciszyło ten głos. Wskoczyłam do wody i prędko z niej nie wyszłam.

Dziś, pierwszy dzień po powrocie już uruchomiłam swoją ulubioną dietę głodową, chociaż wiem, że to niczego nie zmieni. Byłam w punkcie anorektycznym w swoim życiu, miałam niedowagę oraz wagę idealną. Różne już wagi miałam, jak i włosy, stroje czy makijaże. Nigdy nic mi nie pomogło stać się tą, która jest kochana.

Ile bym się nie starała, ciągle jakaś ściana. A gdy znalazł się ktoś, kto patrzył inaczej, to ściana miała na imię odległość, granica, kontrowersyjna różnica wieku i kultur. Bam, jebło o ziemię, jak koła samolotu.

Nie, nie będę body positive, bo to body to dla mnie obleśny kombinezon roboczy i mam nadzieję, że etat na tej budowie szybko się skończy. Potrzebuję urlopu. Po urlopie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights