Na pełnym morzu

Temat rzeka

Dziś będzie nieco bardziej filozoficznie aniżeli ostatnio. Popłyńmy z nurtem, który być może nie ma ani początku, ani końca. A potem zapraszam na samobiczowanie, bo i tego też dawno (jak na moje standardy) nie było. W tym miejscu pragnę zauważyć, że dużo we mnie Zofii z 1670. Wszyscy przecież umrzemy i marność nad marnościami, i wszystko marność.

Rozmyślałam wczoraj intensywnie przed zaśnięciem nad linearnością czasu. Tak bardzo intensywnie, że choć leżałam już w łóżku padnięta ze zmęczenia, to mój mózg nie potrafił się wyłączyć. Nie zważał w ogóle i ani trochę na ciało odpływające.

Wyobraziłam sobie rzekę i wrzucone do niej trzy butelki: czerwoną, niebieską oraz zieloną. Czerwona została wrzucona bliżej źródła, niebieska mniej więcej pośrodku rzeki, a zielona bliżej ujścia. I teraz ja, jako obserwator, stojąc na brzegu – właściwie niezależnie, czy bliżej źródła czy ujścia, to kompletnie nie uczestniczę w tym nurcie. Jestem poza nim i mogę przez to stwierdzić, że zielona butelka jest najbardziej w przyszłości, niebieska w teraźniejszości, a czerwona w przeszłości. Ale. Jednocześnie mogę stwierdzić, że czerwona butelka, jako że dopiero rozpoczęła swój nurt to de facto jest jeszcze bardziej w przyszłości niż zielona. No bo przecież, gdy czerwona dopłynie do ujścia, to to będzie inne ujście niż to, które zastała butelka zielona. Zatem w tym momencie pojawia się pytanie, która przyszłość jest bardziej „przyszłościowa”? Albo która przeszłość jest starsza?

Natomiast, jeśli będę w tym nurcie płynąć, sprawa będzie dla mnie oczywista. Załóżmy, że będę płynąć na równi z niebieską butelką. Wówczas przede mną będę widzieć zieloną, która wskaże mi przyszłość. A gdy odwrócę głowę, ujrzę czerwoną, czyli to co właśnie minęłam. Czas będzie dla mnie bardzo prostolinijny. Ale czy to oznacza, że on faktycznie taki jest?

Wystarczy wyjść z rzeki – czyli umrzeć, a wtedy to, co było dla nas takie proste stanie się iluzją dużo bardziej złożonej rzeczywistości. Może więc czasem nie warto tak się na tej iluzji spalać i w niej zatracać? Z drugiej strony, bez zatracania się w niej nie popłyniemy i tym samym nie poruszymy cyklu. Będziemy tylko martwym obserwatorem – bez wpływu. A energia przecież musi płynąć, nie?

W tym miejscu skończę tenże pseudomądry wywód i przejdę do tego, co wychodzi mi dużo lepiej – ciśnięcia po sobie. Zresztą, nawet już to zrobiłam. Wspaniale.

Kolejną myślą, która tym razem aż tak mocno nie spędziła mi snu z powiek, była myśl, że jestem osobą o bardzo niskiej inteligencji. Takiej ogólnej, nie tylko emocjonalnej. Od lat szukam powodów, dlaczego moje życie uczuciowe wygląda tak beznadziejnie, a powód jest jeden – bo jestem za mało bystra. Niestety, zamiast wybierać sobie partnerów na podstawie twardych, przyziemnych cech i każdego rozważać wyłącznie pod kątem, jakie on mi może zapewnić życie już tu i teraz, to ja beznadziejnie i naiwnie dawałam się porwać – no właśnie czemu? Sercu? Zauroczeniu fizycznemu? Temu czemuś, co rokowało, że on będzie do mnie pasował? Kurwa, przecież ja udzielałam kredytów bez pokrycia! Ech, jeszcze żeby to zauroczenie fizyczne było głównym aspektem, to byłabym w stanie sobie to łatwiej wybaczyć, no ale… Ale byłam na tyle niemądra, że często pomijałam ten element całkowicie na rzecz „tego czegoś”, co chyba tylko ja w nim widziałam i czego nawet on sam w sobie nie widział. A tym czymś to pewnie było pewne zepsucie, które namiętnie próbowałam nareperować.

Tak, jestem idiotką o inteligencji ameby. A to jest takie proste. Wystarczy tylko pozwolić sobie na odrzucanie tych, którzy nie wyglądają, jak bóstwa, tych, którzy nie mają pieniędzy, wykształcenia, perspektyw, odpowiednich ideologii oraz znaków zodiaków, wzrostu zaczynającego się od metra osiemdziesiąt, samochodu, mieszkania albo ajfona siedemnaście pro max, blond włosów i niebieskich oczu w odcieniu topazu. Czy czego tam jeszcze, co mi nie będzie pasować do jakiejś wizji, sukienki albo dzisiejszego humoru. Myślę, że w końcu znalazłby się taki, który spełniłby te jakże podstawowe kryteria, a co za tym idzie, po prostu musiałoby nam wyjść. Musiało. Nie byłoby rozwodu, dramatów, toksyczności wszelakiej.

Dobra, trochę poironizowałam, ale smutna prawda jest taka, że przy tak ostrym odsiewie mogłabym trafić na kogoś, kto by pasował idealnie. Na pana idealnego. No i wówczas nawet jeśli by mi z nim nie wyszło, to przynajmniej nie straciłbym do siebie resztek szacunku. Bo nie obniżyłabym swoich standardów. Nawet jeśli byłyby one najokrutniejsze lub najdziwniejsze na świecie. Jak to się mówi – jak spadać to z wysokiego konia? Tak, bo nie ma nic gorszego, jak zostać upokorzoną przez człowieka, który od początku nie dorastał ci do pięt.

Verified by MonsterInsights