Czarne fale
Sezon Skorpiona zaczął się dla mnie wcześniej niż powinien. Dawno nie zaliczyłam takiego zjazdu psychicznego, ale i silnej chęci transformacji. To nie była zła depresja, choć wizualizowałam sobie swój koniec codziennie na milion sposobów. I nie twierdzę, że już jest dobrze, bo nie jest. Będzie zapewne dopiero wówczas, gdy zrobię coś pojebanego, tym samym dokonując wypełnienia i spełnienia tejże transformacji, która aż mi się bokami wylewa. W tym momencie nie czuję nic. Wrócę jutro do pracy, niczym bezduszny Hitman.
I mam nadzieję wrócić na chwilę. Bo to już koniec, definitywny i ostateczny. On sobie potrwa krócej lub dłużej, lecz nieubłaganie nastąpi. Stało się zbyt dużo, bym mogła w tym zostać i dalej kochać. Zupełnie wtedy, gdy moja krytyczna granica została przekroczona w dniu narodzin mojej córki – wtedy podjęłam decyzję o rozwodzie. I choć nastąpił on niecałe trzy lata później, to nastąpił i nie było innej drogi. Ja już wtedy to wiedziałam. Tak jak teraz wiem.
Zostać w miejscu, w którym za bardzo cię skrzywdzono lub z człowiekiem, który pozwolił sobie na zbyt wiele, to tak jak zdradzić samego siebie. Nie ma gorszej zdrady. I masz wtedy tylko dwa wyjścia – zerojedynkowo – kończysz swój marny żywot lub wstajesz i wychodzisz. Po prostu nie wolno inaczej. Tak to widzę.
I nie ma to nic wspólnego z wybaczeniem. Wybaczenie to zupełnie osobna bajka.
Fajny jest ten stan, który przychodzi tuż po wyjściu z emocjonalnego piekła. Najpierw cię odcina, dostajesz paraliż nerwowy, nie możesz się praktycznie ruszyć z miejsca. Ogarnia cię lęk przed wszystkim, zwłaszcza przed kontaktem z ludźmi. Myślisz, że umarłeś, a to zaledwie wstęp. Potem wpadasz w czerń. Taką przenikającą, lodowatą. Dosłownie czujesz zimno i żaden koc ani herbatka ci nie pomaga. I zaczynasz wreszcie czuć się, jak ostatnie, najgorsze gówno. Nie widzisz w sobie niczego dobrego. Myślisz, że niczego nie potrafisz i że jesteś najohydniejszym człowiekiem na świecie. Nie widzisz jutra, nie widzisz żadnej przyszłości, a to cię tak potwornie dusi. I wpędza w kolejny, nowy lęk – lęk przed następnym dniem. Zastanawiasz się, ile i jakie masz w domu tabletki, żyletki, inne ustrojstwa. Wyobrażasz sobie, jak znikasz i jak wielką ulgę tym zniknięciem przynosisz tym wszystkim ludziom z twojego otoczenia. Widzisz ich szczęśliwszych bez ciebie i ich życia, które nagle się rozświetlają. Naprawdę wtedy myśli się dużo o innych, wbrew pozorom. I tak bardzo pragniesz przestać być ich ciężarem. Ten stan tak sobie trwa, falowo się zmienia w ciągu dnia. Czasami wieczory są trudniejsze, a innym razem poranki. Aż nagle, powolutku pojawiają ci się takie malutkie iskierki. Ucieszysz się z dobrej kawy albo ładnego widoku i tak się dziwisz, że jesteś w stanie jeszcze poczuć coś pozytywnego. Po jednej takiej iskierce zwykle przychodzi czarna fala. Z czasem tych iskier pojawia się więcej albo większe, a czarne fale słabną. I w końcu przestajesz czuć cokolwiek. Chodzisz, jak perfekcyjnie zaprogramowany robot. Normalnie wstajesz, wykonujesz wszystkie czynności prawidłowo. Ale nie ma już fal ani iskier. Oglądasz świat jakby zza szyby. Masz wrażenie, jakby część twojej duszy uleciała. Jakby tak bardzo bolało, że uszła, bo nie była w stanie wytrzymać i zostałeś teraz taki jakiś wykastrowany z rzeczywistości. Jakbyś był postacią w grze komputerowej, którą sterujesz z bezpiecznej odległości. Fajny jest ten stan, który przychodzi tuż po wyjściu z emocjonalnego piekła.
Duszo, moja duszo, nie zostawiaj mnie tu samej. Bez ciebie nie dokonam tego przełomu, który dojrzewa we mnie już od jakiegoś czasu. Duszo, moja duszo, wróć. Rozwalmy ten system. Duszo, moja duszo, wrażliwa i piękna. Duszo, moja duszo, wiem, że jesteś w lepszym miejscu i że kiepskie tutaj są dla ciebie warunki. Duszo, moja duszo, wróć mimo wszystko. Duszo, moja duszo, tęsknię za tobą.
Jedni się chwalą maratonem, inni muskulaturą, jeszcze inni tysiącami wykręconych kilometrów na rowerze. A ja się chwalę przetrwaniem kryzysu psychicznego bez leków, lekarzy i terapeutów. Te siedem lat pozwoliło mi tak dobrze pokopać w sobie, że wiem dokładnie, co na mnie działa i co mnie leczy. Nie straszne mi żadne czarne fale. To ja jestem sezonem Skorpiona i to ja jestem Skorpionem.