Na pełnym morzu

Światłość w ciemności świeci, a ciemność…

Coraz gorzej odnajduję się w tym świecie, jakkolwiek banalnie to brzmi. Powierzchowność, agresja, rywalizacja, chciwość. Choć mam fajny samochód i uwielbiam prowadzić, to wsiadam za kierownicę tylko wtedy, kiedy naprawdę muszę, bo poziom wściekłości na drogach jest przerażający. A ja potrafię wyczuć cudze emocje z kilometra, więc odbieram absolutnie wszystkie te toksyny i duszę się nimi. I to tylko jeden z przykładów kierunku, w którym zmierza ludzkość.

Tak samo, jeśli nie wyglądasz odpowiednio – jeśli nie trenujesz w modnej siłowni, nie żywisz się z cateringu, nie używasz drogich kosmetyków i nie ubierasz znanych marek – nikt wówczas nie zwraca na ciebie uwagi. Mało – oni tobą gardzą. Po prostu gardzą. Nie ćwiczysz? Nie jeździsz na profesjonalnym rowerze? Nie chodzisz do fitness klubu? Nie biegasz śródmiejskich maratonów? Jesteś zatem nikim, bo najwyraźniej nie masz ani ambicji, ani kasy.

Praca ponad normę też staje się już nową normą. To taki śmieszny paradoks, bo z jednej strony wszyscy krzyczą o równowadze, well-beingu, a z drugiej przesiadują po dziesięć, dwanaście godzin w swojej korpo i od ciebie wymagają tego samego. W przeciwnym wypadku nie masz szacunku, twoje noty spadają, zapomnij o awansie i podwyżce, przygotuj się do zwolnienia. A, no i najważniejsze – nie śmiej się nawet upominać o te nadgodziny. Nie dostaniesz za nie nic poza szansą, że cię zbyt szybko nie wyleją.

Świat staje się coraz bardziej brutalny. Jak ci wszyscy kierowcy, którzy siedzą ci na tyłku, poganiają. Przekraczają prędkość dwu, a nawet trzykrotnie. Przelatują na czerwonym niczym odrzutowce. Jadą rano do pracy na podwójnym gazie. Wciskają się, parkują tak, że nie otworzysz drzwi i nie wyjedziesz. Przyspieszają, gdy wyprzedzasz. I tak dalej, i tak dalej. Ja naprawdę boję się wyjeżdżać w miasto, bo ono wygląda jak pole bitwy. I to nie tylko kierowcy są agresywni, bo i rowerzyści robią na złość – nie jadą po ścieżce, mimo, że jest, wysuwają się na środek jezdni, krzyczą z pretensjami, by im się wycofać z drogi, kiedy próbujesz włączyć się z podporządkowanej, a on akurat jedzie po chodniku. Albo wpadają rozpędzeni na pasy tak, że prawie nie masz szans wyhamować. Gdy byłam w Maroku widziałam chaos na drogach, ale to było coś zupełnie innego. Tam też uczestnicy ruchu nie przestrzegali przepisów, jednak przynajmniej byli wobec siebie życzliwi. Tutaj natomiast jest wściekłość. Czysta nienawiść.

I ta nienawiść zalewa zewsząd. Ale przykrywkę ma taką niby krystaliczną. Że to takie niby wszystko mądre, lepsze, wielce inteligentne. Pod spodem natomiast zgnilizna. Im więcej tego widzę, tym bardziej mi przykro. Zwyczajnie po ludzku przykro. Widzę dobrych ludzi, którzy zostali zainfekowani. Jakby ktoś rzucił na nich złe zaklęcie. Oni nie są sobą. Przykro mi, bo światło słabnie.

Osobny temat to odcinane się. Zamykanie się na kwarantannie, mimo że nikt czegoś podobnego już nie narzuca. Tak… pandemia skończyła się tak dawno temu, a ludzie wciąż są chorzy, zamknięci, odizolowani. Epidemia samotności. Na Tinderze tłumy, jakich dawno nie widziałam, a i tak żaden się nie odezwie. Tam jest tak bardzo tłoczno i tak bardzo cicho. Ta cisza jest tak lodowata, że łamie serce. A ja się na razie przyglądam i znów mi przykro. Tak bardzo żal mi tych samotnych. I choć jestem jedną z nich, to ja już po prostu nie mam siły użalać się nad sobą, choćbym bardzo tego chciała. Nie wiem czemu czuję się jakaś taka bardziej inna od nich. I może to brzmi, jakbym czuła się lepsza. Nie, nie czuję się lepsza. Czuję się po prostu inna. Bardziej inna, jakkolwiek kosmicznie to brzmi.

Czuję się bezsilna. Chciałabym przywrócić to światło, ale jedyne co umiem, to pisać smutne teksty. To chyba nie pomaga.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights