Na pełnym morzu

Migawka

Jeszcze wczoraj nosiłam się z zamiarem powylewania tutaj nieskończonej ilości żółci, która aż we mnie buzowała od samego rana, lecz… jakoś tak nagle mi przeszło. Po raz pierwszy zmieniam nastawienie do pewnych spraw, co to już myślałam, że nigdy go nie zmienię. Chyba ten ostatni kryzys psychiczny był takim resetem pewnego starego systemu.

Polubiłam się z pewną aplikacją, z której korzystanie niegdyś uważałam za uwłaczające. A właściwie nie tyle, że się polubiłam, co bardziej zaczęłam rozumieć ludzi po drugiej stronie. I siebie robiącą dramę z igły. Co nie oznacza, że przesuwam swoje granice. Wręcz przeciwnie – mam je skonfigurowane, jak najlepszego firewalla. Każdy ma inną wrażliwość i dla każdego ta sama igła znaczy coś zupełnie innego.

Czyli wychodzi na to, że nie mam dziś o czym pisać. Miał był wodospad bólu i rozpaczy, cierpienia niezbyt młodego Wertera, skorpioniczny jad wstrzyknięty aż do szpiku kości, a tymczasem zanosi się na zwyczajnie pospolity wpis o szarej, nudnej codzienności. Śmieszne w sumie.

Śmiesznie i nieśmieszne wcale, gdy latami próbujesz przebić się przez pewien mur i nic nie chce nawet drgnąć, aż w pewną randomową środę nagle mur znika i masz już zupełnie brand new mindset, jak to pradziadowie mawiali. I tak wówczas patrzysz na siebie sprzed jeszcze choćby chwili, jak na istną wariatkę, i nie ogarniasz, kim byłaś. To już coś więcej niż upgrade systemu. To zupełnie nowy komp z zupełnie innym systemem na pokładzie. Dziwne uczucie.

Borze szumiejący, czemu używam IT określeń do porównań? Tak, celowo napisałam „szumiejący”.

Zaczęłam właśnie czytać „Kwantowy kosmos” Clausa Kiefera. Książka wpadła na mnie sama w Empiku, kiedy to buszowałam z córką po dziale zabawkowo-urodzinowym. To było też bardzo abstrakcyjne. Tutaj pluszowa kapibara, tam kartki urodzinowe, aż nagle takie „O! Kwantowy kosmos!”. Wystawiony na przecenie, bo okładka zagięta. Oczy mi się zaświeciły i łapczywie pobiegłam z nim do kasy. I z pluszowym cosiem też. Pomyśleć, że od najmłodszych lat moja relacja z fizyką nie była najlepsza, delikatnie mówiąc. A teraz ciekawi mnie równie mocno, jak zgłębianie tajników Tarota. To już druga książka o fizyce w tym roku. Nieźle.

Jeszcze nie jestem całkiem pewna, w którą stronę skręcam, ale przyglądam się tym moim nowym zajawkom z zainteresowaniem najwierniejszego fana z pierwszego rzędu. Z jednej strony tematy bardzo dalekie od twardej nauki, a z drugiej bardzo naukowe. O dziwo, ja widzę w tym połączenie. I to takie nawet logiczniejsze niżby się wydawało.

Ja w ogóle jestem taką osobą-mostem, bym rzekła. Jakoś tak od zawsze i naturalnie przychodziło mi łączyć rzeczy ze sobą zupełnie niepowiązane. To kwintesencja mojej wibracji, mojej energii. Mam bardzo ścisłą pracę i wykształcenie, ale jednocześnie bardzo humanistyczne hobby. Nawet w tej pracy jestem specjalistką na przecięciu wielu dziedzin, tłumacząc język komputerów na ludzki i na odwrót. Mam na wszystko zazwyczaj bardzo szerokie spojrzenie. Potrafię połączyć styl skandynawski z glamour i to nie wygląda, jak kicz. Na moim Spotify łączą się power metalowe utwory z tymi zupełnie popularnymi, jak i jakimś techno transem albo folkiem, no i to ma taką moc, że jest lepsze niż kawa. Albo ubiór – w mojej szafie są zarówno markowe ciuchy z logo, jak i ciuchy z Lidla albo chińskich gigantów, no i ja potrafię te rzeczy połączyć w jednej stylizacji. I to naprawdę dobrze wygląda.

Gdy tak się zastanowię, to ja tak po prostu mam. Od zawsze. Dlatego nazwałam się kiedyś hybrydą, ale po zgłębieniu rozmaitych teorii magicznych, to określenie nie jest zbyt pozytywne, bo moja dusza raczej nie pochodzi od tychże mniej pozytywnych kosmitów. Za to mogłam mieć jedno albo kilka znaczących wcieleń, jako syrena, bo morze od zawsze traktuję, jak dom. I od zawsze mam takie dziwnie poczucie, że chciałabym się w nim głęboko zanurzyć, by się tak skryć, jak w przytulnym pokoju. Pamiętam też sen z dzieciństwa, kiedy nakrywała mnie przeogromna fala tsunami, a ja się tak cieszyłam i czułam taką ulgę, że ona po mnie przyszła i zabiera mnie do środka. Chyba nigdy w życiu nie czułam się tak bezpiecznie i komfortowo, jak w tym śnie.

Z dzieciństwa pamiętam też, jak zrobiłam sobie taką migawkę, gdy miałam może 10 lat. Spojrzałam na zachodzące słońce i pomyślałam sobie, że jak teraz zamknę oczy i otworzę je ponownie, to znajdę się w zupełnie innym momencie swojego życia. No i to działa. Dziś je otworzyłam znów. Przywołałam tamten moment i nagle patrzę – o, jestem tutaj teraz, mam trzydzieści osiem lat, wracam z paczkomatu, słucham power metalu i po raz pierwszy czuję, że jeszcze nie jestem za stara na pewne rzeczy.

A zatem, jak to było z tą nielinearnością czasu?

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights