Ja, Skorpion
Dwudziesty siódmy października – kocham tę datę, bo to data moich półurodzin. Dziś rodzę się w znaku Skorpiona, mojego ascendentu i kończę trzydzieści osiem, i pół lat. Jeszcze nie wpadłam na to, by półurodziny spędzać z równym rozmachem, co urodziny, ale tak naprawdę patrząc na sezon, który trwa, to one powinny być spędzane dokładnie tak, jak są – podczas podróży w głąb siebie.
Ile jest we mnie Skorpiona? Więcej niż myślałam. Najbardziej dostrzegam tę skorpioniczność u siebie poprzez odbicie w ludziach, którzy wejdą ze mną w bliższą relację. Jeszcze dziś zrozpaczona zastanawiałam się, jak to jest, że mężczyźni się ode mnie odsuwają, milkną, znikają – o ile w ogóle odważą się do mnie podejść. I jak to jest, że potrafię jakoś nieumyślnie wyciągnąć z każdego jego ciemną stronę. Nie zliczę osób, które w towarzystwie były uważane za zacne, a potem trafiły na mnie i nagle ich idealna maska opadała, a na wierzch wypłynął mrok. Ujrzałam w ideałach brud, który był przez nich świetnie ukrywany. Nie potrafię wytłumaczyć, jak to robię. Ale wiem już, co jest we mnie takiego, co doprowadza do takich rzeczy – jest we mnie Skorpion.
To taki mały skurczybyczek, taki mały szatanik, który żądny jest zajrzeć głębiej i głębiej. Do rdzenia samej duszy. Ja tego właśnie potrzebuję w relacjach – głębi, która aż boli. Boli, bo odsłania człowieka całkowicie. Bardziej niż gdyby ściągnął z siebie ubranie. To zupełnie inny wymiar intymności. A, że nie jesteśmy ideałami, to zawsze znajdą się w tym środku środka rzeczy, których nie chcemy widzieć. Wolimy je maskować. Wstydzimy się ich. Ignorujemy. To oczywiste więc, że jeśli spotkasz osobę, która jakoś automagicznie i intuicyjnie potrafi do tych rzeczy dotrzeć i je wywalić na światło dzienne, jak wampira z piwnicy, to będzie bolało. Oj, będzie bardzo bolało. I choć są to tylko i wyłącznie twoje mroki, to siłą rzeczy znienawidzisz osobę, która ich dotknęła i wywlokła. Albo będziesz po prostu chciał się od tej osoby oddalić. Jak najdalej. Jak najciszej.
Taki los. Taki mój los, jako dwudziestki siódemki i jako ascendentalnego Skorpiona.
Zauważyłam też, że potrafię w transformacje. Nie tylko swoje, ale także innych. Nie raz już doświadczyłam wchłonięcia cudzych, ciężkich bólów, po których ten ktoś odszedł, gdy tylko je na mnie zrzucił, a ja zamknęłam się w sobie i to mieliłam, jak maszyna do recyklingu. Te wszystkie moje depresje – one nie zawsze były moje. One często były czyjeś. A ja je sobie rozkładałam na czynniki pierwsze i transformowałam. Po takich doświadczeniach zawsze wychodziłam cało, jak gdyby nigdy nic, może i nawet silniejsza, a delikwent, którego oczyściłam nagle przechodził przez glow up życia. Mimo, że przestał być moim – z reguły kandydatem na partnera. Nie zapomnę historii człowieka o imieniu, którego nie wolno wymawiać – tak, tego samego, co zrobił sobie z moich emocji worek treningowy tuż po rozwodzie, gdy byłam, że tak powiem vulnerable. Kiedy go poznałam mówił, że boi się brać kredytu, boi się kupna nieruchomości, mimo że bardzo by chciał. Narzekał na zarobki, mimo że był świetnym programistą, lecz nie potrafił zawalczyć o należną mu pensję. A potem ja zniknęłam z jego życia zabierając ten jego cały mrok. Gdy spotkałam go ponownie po dwóch latach, powiedział mi, że ma dwa mieszkania, że założył działalność i jest przez pracodawców rozchwytywany.
I takich historii mam jeszcze trochę.
Cieszę się z tego, że w jakiś dziwny i naprawdę paranormalny sposób im pomogłam, lecz… mnie nikt nie pomoże.
A ja mam potwornie głębokie pokłady miłości do zaoferowania drugiemu człowiekowi. Tak samo głębokie, jak ten mrok, który na światło dzienne wyciągam i czyszczę.
Ja potrafię kochać do szpiku duszy. Dlatego to tak bardzo potem boli, gdy ktoś się tym przerazi. I ucichnie.
Przecież już usłyszałam od innego jegomościa, że jestem jakaś toksyczna. No bo toksyny wyciągnęłam z niego samego – jego własne, domowej jego własnej roboty. Ech… co za los.
Ludzie, dlaczego tak boicie się Skorpionów? Dlaczego boicie się prawdy? Dlaczego boicie się transformacji?
Zawsze powtarzam, że jedyną stałą w moim życiu jest zmiana. I to jest kolejna moja bardzo skorpioniczna cecha.
Zmiany są fajne. One są, jak morskie fale – każda przynosi coś zupełnie nowego. Każda kolejna jest unikalna. I nie ma złych ani dobrych. Są doświadczenia. A doświadczenia są jak instrumenty – każde gra na innych strunach emocjonalnych. I wtedy rodzi się muzyka. I wtedy rodzi się i toczy się życie. Takie prawdziwe. Bez masek.
Bo Skorpion to śmierć i życie. Bo Skorpion to karta numer trzynaście. Bo Skorpion to woda. Która płynie, jak nuty. Skorpion to emocje, głębia, mrok, który doprasza się ujścia i przebicia, jak blachy w kradzionej furze. Skorpion to prawda, która boli.
Kto pokocha Skorpiona?
Kto się odważy?
Wszystkiego najlepszego dla mnie. Wszystkiego najzmienniejszego. I wszystkiego prawdziwego. I głębokiego.
I miłości głębokiej, jak dna oceanów. Albo i głębszej.
Prąd jest przecież zmienny. Co byśmy zrobili bez zmiennego prądu?