„I nawet kiedy będę sam…”
Gdybym miała wymienić swoją jedną cechę, która zawsze przynosiła mi najwięcej cierpienia i nieszczęść byłaby to empatia. I jej odsłona, którą nazwę empatyczną manipulacją. Za każdym razem, kiedy wczuwam się w czyjąś sytuację i czynię tak, by nie urazić, nie obrazić, nie utrudnić czegokolwiek po drugiej stronie, to w zamian dostaję coś zupełnie przeciwnego – zachowanie, które mnie i moich potrzeb w ogóle nie uwzględnia. Wtedy czynię jeszcze bardziej pod kogoś, by w ten sposób wyraźniej mu pokazać, że go rozumiem i jednocześnie oczekuję tego samego od niego. Oczekuję tego samego, zatem rzucam mu jeszcze więcej róż pod nogi. A to nie działa. Nigdy nie działało.
Brzydzę się odwzajemniać komuś czymś, czym on wcześniej mnie uraczył i to nie było dla mnie przyjemne. Lecz jeśli tak zrobię, to tylko wtedy widzę jakąś reakcję i nawet poprawę zachowania. Tylko wtedy mogę liczyć na jakiś szacunek. Chociaż czynię coś niedobrego. Nie rozumiem tego i bardzo mnie to boli. Co jest ze mną nie tak?
Dobro nie jest w cenie. Jest niewidzialne, obojętne, a często wzgardzane. Totalny absurd, bo niby wszyscy chcą się dobrem otaczać, a go w ogóle nie widzą, gdy zjawi się obok.
Jestem w takim punkcie, że doświadczając jakiegokolwiek dobra od kogoś, ja po prostu nie wierzę i nie ufam. Boję się, że to tylko podstęp. Czyli pewnie jestem tak samo zła, gdy ktoś wykazuje empatię wobec mnie. Bo wcześniej moje dobro zdeptano. To zaraza.
Kiedyś nie ufałam sobie, ale ufałam innym. Za mocno. I się zawiodłam. Nie raz. Teraz ufam tylko sobie i nie jestem w stanie zaufać komukolwiek innemu. Znów się zawiodę?
Dawanie dobrego przykładu nikogo nie zachęca do robienia tego samego. Zachęca jedynie do wykorzystania tego dobra dla swoich korzyści i potrzeb. Czy naprawdę żyjąc trzydzieści pięć lat na tym świecie musiałam doświadczyć takich zdarzeń, by dziś wysnuwać na ich podstawie tylko takie wnioski? Może żyję jeszcze za krótko? A może dość długo, by zdążyć się z tym pogodzić?
To nie z asertywnością miałam problem. Ten leżał zawsze znacznie głębiej. Świadomie pozwalałam innym na więcej licząc na to, że się w końcu ockną i odwdzięczą. Że się czegoś nauczą, zrozumieją. Że tak sami na to wpadną, bez tłumaczenia, jak w podręczniku dla pierwszoklasisty. Nie mam pojęcia czy to było toksyczne, czy arcyszlachetne. Już nic nie wiem.
Poza tym, że to nigdy nie zadziałało.
Wszyscy tylko brali. Bez namysłu. Bez opamiętania.
Podobno zło należy dobrem zwyciężać. Może kiedyś. Na dzisiejsze czasy potrzeba nowego proroka. Ludzie się zmutowali.
Mimo wszystko nadal wierzę w dobro. W to, że jest, było i w to, że kiedyś wróci. Nie potrafię w oko za oko. To nie mój świat.