Trzy w okresie do nazwiska
Chodzę, jak bomba atomowa, przeżywam wewnętrznie, że jestem gruba (odcinek 99999999,33(3)), a jednocześnie wpierdalam jakieś oliwki czy inne orzeszki o północy do serialu. Ale mam okres, więc mi wolno. Za chwilę będę szczupła, by potem znów po fazie owulacyjnej brzuch napompował mi się, jak balon, a woda zgromadziła gdzie się tylko da. Podejrzewam, że mogę tak tyć i chudnąć nawet do pięciu kilo w ciągu zaledwie dwudziestu siedmiu dni.
Dziś o mało w pracy ludzi nie pozabijałam, zwłaszcza, że tymi ludźmi byli prawie wyłącznie faceci, a ciągle jeszcze trzyma faza PMS, w której zwykle nienawidzę płci przeciwnej. Tylko po to, by za chwilę znów ich kochać i pożądać. Jakie to jest szalone! Dobra, może przesadziłam z tym pożądaniem obiektów w pracy, bo tam nie ma aktualnie kogo pożądać (i vice versa), aczkolwiek w ogólności uniwersum od czasu do czasu zdarzy się ktoś na kim zawieszę oko na dłużej niż trzy sekundy.
Zrobiłam się wybitnie wybredna. I to nie jest level typu każdy na lewo na Tinderze, bo to już przerobiłam wiele razy (tak, potwierdzam, można przekręcić licznik na Tinderze i wszystkich odrzucić). To jest level jeszcze bardziej. Cokolwiek to znaczy. Nie imponuje mi wygląd, jakieś wyćwiczone klaty czy inne tym podobne rzeźby, nie imponują mi pieniądze ani status, nie imponuje mi hrabiowskie hobby czy cokolwiek materialnego. O ile kiedyś miałam jakiś tam swój typ, to teraz nie mam. Nie wiem, co facet musi mieć, by mi zaimponował. A jeśli nawet wiem, to i tak nie powiem, bo nie zamierzam niczego ułatwiać, a po drugie to i tak się za chwilę może zmienić. Bo zmiana jest częścią stałą w moim życiu. Chyba jedyną stałą.
Przeżywam od dosłownie paru dni również kryzys tożsamości. Moje nazwisko przestało ze mną rezonować, mimo że jest piękne. I mimo, że jest piękne, to przede wszystkim nie jest moje, tylko byłego męża. I zachłannie, jak Tina Turner po rozwodzie postanowiłam je zostawić, bo moje panieńskie wybitnie mi się nigdy nie podobało, więc praktycznie jedynym, co zgarnęłam po tym rozstaniu było właśnie nazwisko. Swoją drogą, już wtedy powiązane z pierwszą powieścią. Teraz natomiast mam to w dupie, że moje powieści są nim sygnowane. Chcę je zmienić bez względu na nie. Jedyną wątpliwością pozostaje moje dziecko i jeśli jej się ten pomysł wybitnie nie spodoba i sprawi jej przykrość, to rozważę porzucenie pomysłu. Problem w tym, że i tak ten pomysł może być trudny do przeprocesowania, bo do panieńskiego wracać nie zamierzam, a to pewnie byłoby logiczne dla urzędu i co za tym idzie – dałoby większą szansę na powodzenie.
Moje nazwisko panieńskie jest dla mnie jakieś straumatyzowane. Kojarzy mi się wyłącznie z hejtem rówieśniczym w podstawówce oraz dziwnymi spojrzeniami i pytaniami nauczycieli, czy ja jestem z tych, itp., itd. Poza tym, ono dla mnie najzwyczajniej w świecie od zawsze okropnie brzmiało. No brzydko, no. Po prostu brzydko. Zatem marzyłam, by wyjść za mąż i je zmienić. Tym bardziej pragnę odciąć się od tej historii i tego mojego starego motywu – żeby uciec w małżeństwo, żeby przybył książę na białym koniu i wybawił z kontrolującego domu, brzydkiego nazwiska i ogólnie niskiej samooceny oraz depresji. Nie zamierzam już czekać na kolejnego księcia, który da mi swoje nazwisko, bo obecne się kojarzy z byłym mężem. I tak się pewnie nie doczekam, ale nawet jeśli – to ja chcę wreszcie o tym decydować, kim tak naprawdę jestem.
I może to górnolotnie brzmi, lecz taka prawda – nazwiska, które nosiłam nigdy nie były moje. Pierwsze nawet nie było kojarzone z moim ojcem i moją rodziną. A drugie to ucieczka od pierwszego.
Pokażę ten wpis w urzędzie. Może będzie dobrym argumentem.
Także tego – jak widzicie moi drodzy, zacni Czytelnicy, mój kryzys wieku średniego trwa w najlepsze, hasa i hopsa, jak zajączek po umajonej łące oraz buja się do 67.