Na pełnym morzu

Nauczycielka

Jest niedziela, powolnie dochodzi wpół do dwudziestej drugiej, a ja piję kawę i zastanawiam się, co za bzdety dziś napiszę. Potrzebuję pisania tak, jak tej kawy i nie ma znaczenia dziwna pora. Chyba będę dziś brutalnie szczera. Zawsze jestem, ale dziś może nieco bardziej niż zwykle. Mam ciężki nastrój i cięty humor.

Czarne chmury, ściana deszczu, słońce i znów mrok, ściana deszczu i słońce. Od jedenastu stopni do może dwudziestu dwóch. Pogodowa sinusoida w koło wciąż. To wpływa na głowę. Drażni mnie to słońce, takie krzykliwe. Choć wyłania się na chwilę to jest zwyczajnie bezczelne. Za to deszcz mnie uspokaja. Jak i szum zmywarki. Mogłabym tak siedzieć z tą moją kawą w otwartym oknie i patrzeć na tę ścianę wody bez końca.

Uświadomiłam dziś sobie, że nigdy nie potrzebowałam w swoim życiu mężczyzny. I nadal nie potrzebuję. Jestem samowystarczalna, a czyjaś obecność na dłuższą metę mnie po prostu drażni. Tak samo, jak nie potrzebuję w ogóle ludzi w swoim otoczeniu. Nie na stałe. Nie na zbyt długo. Jestem typem pustelnika, takim rasowym. Ja nawet nie mam koleżanek i nigdy w życiu nie nazwałam żadnej swoją przyjaciółką. Miałam bliższe koleżanki przez pewien czas, lecz to nie było wystarczająco bliskie w mojej definicji bliskości, by mianować te relacje przyjaźniami. Bo ja po prostu nikogo aż tak do siebie nie dopuszczam.

A mężczyźni byli mi potrzebni by przełamać nudę i pewne schematy. Dlatego zawsze wybierałam takich, którzy mieli mi dostarczyć trzęsienia ziemi, a nie stabilizacji. Bo stabilizację sama sobie daję. Najlepszą. Natomiast, gdy miałam kogoś naprawić, powlec za sobą niczym upartego muła, by pokazać mu, jak piękny czy po prostu inny może być świat albo uleczyć jego zszarganą psychę – o, to było wyzwanie! To było ciekawe! Zupełnie, jak projekt, który trzeba jakoś logicznie poukładać i dowieźć. On w zamian dał mi skrajne emocje, których tak bardzo byłam ciekawa. Dzięki nim mogłam potem sobie tworzyć, wzrastać, żywić się duchowo. Mogłam cierpieć w słusznej sprawie. I jeszcze bardziej się rozwijać. Mam w sobie tę taką typową dziewiątkę numerologiczną – że lubię tak kogoś nauczyć, by się sam nauczył. Naprowadzić na słuszną drogę jednocześnie osobiście się poświęcając, pozwalając bardzo świadomie się skrzywdzić, byle tylko ten ktoś sam coś zrozumiał i doszedł do pewnych wniosków, stając się później lepszym.

Przecież ja nawet nie domagałam się wyjaśnień od wydawnictwa w sprawie rozliczenia albo w kwestii wydania audiobooka, o którym dowiedziałam się przypadkiem. Mogłam to zrobić. Mogłam im wytoczyć sądową batalię, zwłaszcza, że mam w najbliższej rodzinie prawników, którzy już tylko czekali w blokach startowych gotowi do walki. Jedno moje słowo, a wydawnictwo zostałoby zbombardowane. Ale ja nigdy nie chciałam tego robić. Bardzo celowo i świadomie. Nigdy nie chciałam się zniżać do poziomu kogoś, kto wibruje na niższej częstotliwości. Za to pragnęłam być ich wyrzutem sumienia. Nie robiąc nic, wiem, że zrobiłam więcej. Że sumienie tych ludzi nie daje im spać po nocach. Nie tylko za mnie, ale i za innych debiutujących autorów. Czyż to nie jest cięższa artyleria? Ich dusze być może zrozumiały albo kiedyś zrozumieją i mam nadzieję, że staną się lepsze. To jedyna droga, aby permanentnie przestali wykorzystywać ludzi – kiedy ich własne dusze cierpieć będą katusze. Cierpienie fizyczne w życiu by tego nie oddało. No bo niby jak? Wytoczyłabym proces, ostatecznie musieliby mi zapłacić jakiś zasądzony ochłap i jedyny wniosek, który wyciągnęliby ze sytuacji byłby taki, że jeśli autor siedzi cicho to można go okraść, a jak się odezwie, to najwyżej rzucimy mu resztki ze stołu. Ale ja wiem, że ta cisza po czasie staje się coraz głośniejsza. Mordercza. Mnie ich ochłapy by nie wzbogaciły, a oni dalej robiliby wciąż to samo. I będą robić. Aż pewnego dnia cisza sprawi, że ich mury oraz liche fundamenty legną w gruzach. I wtedy otworzą się oczy, a dusza złapie oddech.

Ja w to wierzę. Wierzę, że jest jeszcze nadzieja dla tych, którzy mnie skrzywdzili. Że ich dusze przebiją mury, a mój wyrzut sumienia będzie jednym z młotków kruszących. Wierzę, bo widzę, jak lepszymi stawali się moi byli mężczyźni po zetknięciu się ze mną. Mam jakiś dziwny talent do nauczania, chociaż nigdy nie cierpiałam tego robić. Ha, no i właśnie cierpię, a czynię to nadal. Choćby podświadomie.

Mam też dziwny talent do odkrywania ciemnej strony nawet największych autorytetów. Nie zliczę, ileż to razy poznawałam kogoś, kto cieszył się wybitnie dobrą opinią, był bardzo przez otoczenie szanowaną osobą, a ja potrafiłam nie wiedzieć nawet jak, wydobyć z niego najohydniejsze cechy. Gdy potem mówiłam komuś, że on nie jest taki krystaliczny, bo zrobił to czy tamto, bo dopuścił się pewnych rzeczy, to spotykałam się z wielkim zdziwieniem, wręcz zszokowaniem i niedowierzaniem. I sama nie wiem, czy to mój dar, czy przekleństwo. Może za bardzo prowokuję? Może jestem zbyt mroczna? Może nawet święty, by ze mną nie wytrzymał? A może jestem lustrem? Ukazuję coś, czego ktoś nie chce zobaczyć, ale w końcu to widzi za moim pośrednictwem i musi się z tym zmierzyć. Naprawić i uleczyć.

To wybitnie nieskromne, co o sobie dziś napisałam, przy szumie zmywarki i aromacie czarnej kawy.

Mężczyźni w moim życiu byli zawsze projektami. Duchowymi projektami. I to było kryterium, którym się kierowałam w ich wyborze.

I na dodatek boleśnie szczere również to było, co dziś o sobie napisałam. Przy szumie zmywarki, który zamilkł grubo po dwudziestej drugiej.

Verified by MonsterInsights