Odcinek pierwszy: Smaczna kawusia
Szczęśliwi albo i nieszczęśliwi ci, którzy nigdy nie musieli bądź nie potrzebowali korzystać z aplikacji randkowych, a w szczególności tej najpopularniejszej na T. Nie sądziłam, że znów mnie pokusi spróbować wejść w to jakże osobliwe uniwersum. Tym razem jednak moje podejście jest znacznie inne i chyba dzięki temu wytrzymałam tam już ponad tydzień. To naprawdę mój rekord wszech czasów. Wydaje się krótko, ale tylko ten, kto nigdy tam nie był, nie zrozumie, dlaczego tak trudno tam wytrzymać dłużej. Zwłaszcza, jeśli szuka się poważnych relacji.
Pomimo właśnie tego krótkiego bytowania, mam już kopalnię inspiracji do pisania, przemyśleń i nie wiem jeszcze, co się dalej zrodzi w mojej głowie. Paradoksalnie, po totalnym zjeździe psychicznym wejście w coś, co jest raczej jeszcze większym psychicznym maglem okazało się być dla mnie w pewien sposób terapeutyczne. I jeszcze nie połączyłam kropek, jakim cudem. Ale za to zgarnęłam ciekawe doświadczenia.
Początek był taki, jaki znałam – rozczarowujący. I stresujący. Nie jestem w stanie opisać w jakim napięciu uzupełniałam swój profil, mając ciągle w głowie to, że będę za chwilę wystawiona na ocenę, jak krowa na targu. Każde przesunięcie w prawo rozważałam z rozmachem wizji wspólnej przyszłości na najbliższe z lekka dwadzieścia lat. Zatem moich przesunięć w prawo było tyle, co nic. Jeśli odrobinę wahałam się nad delikwentem, to go odrzucałam. I to nawet, jeśli miał powyżej metra osiemdziesiąt! Tak, metr osiemdziesiąt to też klasyka, której nie będę przedstawiać. Czułam się trochę, jak saper, bo dla mnie lajk oznaczał poważną deklarację.
No i cóż, można tylko się domyślić, jak bolesne było zderzenie z szarą rzeczywistością T, kiedy odkryłam, że inni nie traktują lajków tak samo albo przynajmniej porównywalnie poważnie, jak ja. Potworzyła mi się pierwsza, druga, trzecia, piąta para i cisza. Zupełna cisza. Po moich dawniejszych i krótkometrażowych doświadczeniach z tej aplikacji poprzysięgłam sobie, że nigdy w życiu nie napiszę pierwsza. Kiedyś pisałam i w zamian milczenie albo nawet jakiś atak, no więc byłabym idiotką, gdybym znów wychodziła z inicjatywą. Samo wysłanie lajka to już z mojej strony ogromnie dużo. Trzymam twardą granicę, ale jej efektem są milczące pary. W tym momencie mam ich naliczonych takich milczących może ze trzydzieści i każdą z nich pousuwałam, jeśli milczenie utrzymywało się od paru godzin do max doby.
Ale po pewnym czasie ktoś się jednak odezwał.
Kusi mnie podać tutaj jego imię, bo jest piękne. I on jest cały piękny. Lecz nie chcę naruszać jego prywatności w żaden sposób, nawet jeśli samo imię wiele nie powie. Zatem nazwijmy go Olafem, bo tak też nazwałam bohatera swojej pierwszej powieści. Ma z nim nawet wiele wspólnego – wysoki i przystojny blondyn o niebieskich oczach. Tak, poleciałam znów w swoją klasykę z zaprzeszłości – sama nie wiem czemu znów ten typ. Otóż, Olaf był ode mnie młodszy o osiem lat, ale to już akurat moja nowa klasyka, że absolutnie mi to nie przeszkadza – wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że teraz faceci młodsi zyskują ode mnie dodatkowe punkty. Do rzeczy jednak. Bo Olaf był bardzo rzeczowy i konkretny. Aż nadto.
Już w pierwszym zdaniu zapytał, czy może jednak nie miałabym ochoty na bardziej przelotną i mniej zobowiązującą znajomość. No mną oczywiście wstrząsnęło, absolutnie zaprotestowałam, podziękowałam mu serdecznie za kontakt życząc powodzenia i byłam przy tym tak samo grzeczna i kulturalna, jak on. I coś mnie tak jakoś rozczuliło w tej jego szczerości do szpiku kości, że zapytałam go jeszcze, czy to normalne, że tutaj tak wszyscy sobie milczą w parach. Wbrew pozorom, powolutku zaczął się między nami wywiązywać dialog.
Nastał u mnie ciężki czwartek, dzień w biurze, kiedy to działo się wszystko na raz i na raz nic działać nie chciało. Pełno ludzi, pełno bodźców, napięcie i kolejne espresso. Mój nadwyrężony system nerwowy nie był na to dość gotowy. Nie powinnam się narażać na takie napięcia ostatnio. Lecz korpo nie pyta, korpo cię dociska do parteru. I w tym całym chaosie tylko jedna egzotyczna wyspa – Olaf na czacie w aplikacji. Był między nami wspaniały flow, chemia wyczuwalna na odległość i przez tę kupę kodu. On nie udawał, że chce spróbować się zaangażować, nie grał w gry, nie lawirował – konsekwentnie i do bólu szczerze komunikował, że chodzi mu tylko o seks. A mnie ta szczerość chwyciła za serce i… dotknęła mojej duszy. Serio.
Zaczęłam się wahać, czy by może jednak nie spróbować. No bo co mam niby do stracenia, tak teoretycznie? Pomyślałam, że może to byłaby dla mnie lepsza opcja, aniżeli wielkie zaangażowanie i rozwalanie sobie tak dobrze ułożonego życia, które mam i którego bronię, jak lwica. Przeszliśmy zatem na WhatsAppa i nasz flirt się zaostrzył.
Ale tylko do pewnego momentu. Kiedy to Olaf wspaniałomyślnie postanowił życzyć mi smacznej kawusi. Życzenia, jak to życzenia – wysyła się często pocztówką. No więc Olaf również załączył do swoich życzeń obraz. Obraz siebie od stóp do głów, nagusieńkiego, jak go Pan Bóg stworzył. Tylko zamiast głowy wkleił obrazek filiżanki z kawą. Nie powiem, ciało to Olaf miał cudne, w każdym detalu, ale na mnie nawet najcudowniejsze ciało Apolla nie podziała w ten sposób. Rozczarowałam się, bo sądząc po poziomie inteligencji rozmowy, którą prowadził, po prostu nie spodziewałam się takiej zagrywki. Nawet jeśli tematem przewodnim dialogu i jego celem był tylko i wyłącznie seks. Smutna wróciłam do biurka, bo chyba tylko intuicja nakazała mi otworzyć tę wiadomość w toalecie, no i rzekłam do koleżanki, którą dość na bieżąco informowałam o rozwoju sytuacji, że „Eldorado się skończyło”.
A potem, zaskakując samą siebie, dalej postanowiłam pisać z Olafem. Oznajmiłam mu, że się rozczarowałam i poradziłam, że więcej zdziała słowem, aniżeli takimi zdjęciami. Moja porada była dość obszerna – wyjaśniłam mu, jak działają kobiece zmysły, a nie tylko moja perspektywa. Tak, żeby chłopak nie wtopił na przyszłość z inną kandydatką. Zatroszczyłam się o jego cel. I na koniec sama wysłałam mu swoje zdjęcie żartując, że chociaż lustra na tych naszych zdjęciach mamy podobne. Moje zdjęcie było w ubraniu, zupełnie normalne, tak doprecyzowując – chodziło mi wyłącznie o pokazanie podobnego lustra i rozładowanie sytuacji. Ach, jestem, kurwa, ideałem!
Pisaliśmy tak do nocy. Aż padło sakramentalne pytanie: „u mnie, czy u ciebie?”. I chyba oboje zasnęliśmy, bo po tym zdaniu nastała cisza i nic się już do dnia dzisiejszego (a dziś jest jeszcze poniedziałek) nie wydarzyło.
Prawie nic.
Od tego dnia myślę o nim codziennie. Nawet wtedy, kiedy tych myśli do siebie nie proszę i nie przywołuję. Same się nawalają, jak opętane. Ten człowiek zaintrygował mnie do żywego i trafił w jakiś mój bardzo czuły oraz specyficzny punkt. Tak bardzo, że nawet nasze kompletnie różne oczekiwania od relacji nie były w stanie sprawić, bym wybiła go sobie z tej głowy. Próbuję zrozumieć, co on we mnie obudził, którego kawałka duszy dotknął. Czy to ta szczerość i ten konkret? Tylko to czy coś jeszcze? Dziś nawet mi się śnił i był to sen z kategorii tych, które się pamięta i które są aż nazbyt realne. Przytuliliśmy się w tym śnie, a to było takie uzdrawiające.
Wiem już, że się wkręciłam emocjonalnie, mimo, że nie zdarzyło się kompletnie nic realnego. To oznacza, że absolutnie nie mogę i nie chcę się do niego odzywać ani z nim spotkać. Wiem już, że jeśli poszłabym z nim do łóżka, to będę bez reszty zakochana. A on nie. Dlatego nie mogę sobie znów tego zrobić.
Olaf był pięknym elfem, którego znalazłam w tym osobliwym uniwersum, jakim jest aplikacja na T. Lecz Olaf był też testem moich granic oraz sprawdzeniem, czy jestem w stanie utrzymać taką wersję siebie, którą przez te długie lata sobie wypracowałam i którą od zawsze chciałam być.
Jakby to powiedziała Biedronka z Miraculus – „Pa, pa, miły motylku”!