Przecież dam radę
Czwarty dzień pracy w chorobie. Bo tak jakoś nie miałam, jak pójść do lekarza. Bo nie wierzyłam, że przez teleporadę mogę dostać zwolnienie. Bo przecież dam radę, to na pewno tylko głupie przeziębienie. Bo szkoda kasy, by nie pracować.
I następuje wielka kumulacja. Dnia czwartego właśnie.
Budzik, ciężka głowa, jeszcze od wczoraj wieczora zmęczona katarem.
Wstaję, ogarniam się i pędzę do kuchni robiąc podwójne śniadanie dla siebie i dziecka, które ma ferie. W międzyczasie od włączenia czajnika do rozgrzania gofrownicy odpalam komputer i loguję się do pracy.
Czajnik dobija do wrzenia, śpieszę, by zdążyć ze wrzuceniem herbaty, cytryny, imbiru oraz miodu do kubka zanim się woda zagotuje. Bo taki mam lęk, że jeśli nie zdążę, to będzie zły dzień. I jeszcze te gofry – trzeba nalać ciasta do gofrownicy, bo zasygnalizowała gotowość.
Udało się szczęśliwie zalać herbatę. Można nastawić tosty i robić kanapki. Przypomniało mi się, że moje dziecko dzień wcześniej wycięło serduszka z sera, które obiecałam położyć sobie rano na kanapkę. Nie mogłam ich zjeść wczoraj, bo jem tylko między dziewiątą a piętnastą, maksymalnie dwa posiłki.
Dziecko wstało. Jakaś naburmuszona siedzi na kanapie i nie odpowiada na moje pytania. Nastawiam szybko mleko na kakao. I układam sama te serduszka, bo ona mnie zignorowała i nie zamierzała sama tego zrobić.
Odklejam gofry, śpieszę, by mleko nie wykipiało i biegnę do kompa bo widzę, że atakują mnie ludzie na czacie. To nie działa, tamto trzeba sprawdzić. Oznaczają mnie, więc powiadomienia krzyczą na czerwono. Wiem, że nie działa. Wiem, bo walczę z tym od paru dni. Piszę, tłumaczę, klikam, co mogę. Aj, mleko…
Wyrywam się z pracy, siadam z dzieckiem do stołu, by wreszcie coś zjeść. Minęła na pewno siedemnasta godzina od mojego ostatniego posiłku. I nagle słyszę, że źle poukładałam serduszka z sera na kanapce i dlaczego w ogóle sama to zrobiłam. Płacz i lament. Narastający. Poczułam, że stoję na granicy. Odeszłam od stołu i tylko herbatę zabrałam ze sobą. Przesiadłam się do biurka. Postanowiłam ratować niedziałający kod, bo jedzenie w tej chwili i tak nie miało sensu.
Rozmyślam intensywnie, próbuję się skupić nad tym, gdzie i co powinnam poprawić, a w tle coraz głośniejszy płacz oraz bajka na Netflixie pogłośniona do granic wytrzymałości. Pękłam.
Wydarłam się: „co ja źle zrobiłam?! o co ci do cholery chodzi?!”. Wyłączyłam telewizor i zaczęłam wyrzucać z siebie kolejne lamenty: „co zrobiłam nie tak, kurwa?!”.
Płacz ustał, dziecko poszło do swojego pokoju. Wróciłam do pracy. Coś napisałam. Zerknęłam na zegar – za chwilę spotkanie. Wróciłam do stołu i na siłę wcisnęłam w siebie kanapki. Potem na dwie minuty przed spotkaniem uruchomiłam ekspres i zrobiłam sobie dużą, czarną i mocną kawę. Jednocześnie sprzątałam po sobie talerz i kubek po herbacie. Dwie minuty później rozmawiałam spokojnie, rzeczowo i entuzjastycznie po angielsku z moimi współpracownikami tłumacząc na jakim etapie zadania jestem. Nikt się nie kapnął, że właśnie przechodzę przez środek cyklonu.
Dziecko wraca spokojne. Mówi, że to przez zły sen. Nie chodziło wcale o te serduszka.
Dopijam kawę i mobilizuję się przed kolejnym spotkaniem, w międzyczasie próbując napisać jakiś kod. Dziecko za plecami zjada wreszcie śniadanie. Jak gdyby nigdy nic.
Mija godzina, może półtorej. Muszę się wyrwać z pracy, bo mam umówioną wizytę u weterynarza z kotem. Zbieram wszystko do kupy – kota do transportera, ubieram dziecko i zgarniam torebkę nie zapominając za nic o książeczce zdrowia. Poczułam dziwną ulgę, kiedy wreszcie mogłam spokojnie zasiąść za kierownicą. Jechałam w jakimś amoku. Słyszałam tylko reklamy z radia i czasem jakąś muzykę. Słońce ostro świeciło i wprowadzało mnie w trans. Zastanawiałam się od czasu do czasu, czy ja jeszcze pamiętam, jak się prowadzi? A potem wpadałam w samopodziw, że ciągle jadę do celu, zgodnie z przepisami.
Kot był o dziwo wyjątkowo spokojny. Trochę nawrzeszczał na weta po tym, jak dostał zastrzyk i to na tyle. Wizyta była szybka i pozytywna. Jakaś nadzieja, że ten dzień nie jest całkiem zły. W drodze powrotnej znów zastanawiałam się, jak to jest, że tak sobie jadę i jest cisza i tylko te reklamy przerywające muzykę trochę wadzą. Nie wiem, jakim cudem dojechałam z powrotem do domu. Nie myślałam nad tym, jak prowadzę.
Siadam z powrotem do pracy. Wiem, że będzie trudno skończyć przed osiemnastą, choć zaczęłam przed dziewiątą. Próbuję się skupić, ale moja głowa dziwnie szumi. Zerkam na instagrama – znów jakaś wiadomość od nieznajomego. Napisał: „your eyes are adorable”. Myślę sobie – człowieku, te oczy wlepiają się w ekran komputera przez dziewięć albo i więcej godzin dziennie, patrzą na niedziałający kod i nie widzą błędów, one mają zapisaną w źrenicach jakąś korpotraumę. A to nie jest adorable.
Po czasie zbliża się piętnasta. Moje dziecko gra na komputerze w swoim pokoju zbyt długo, a ja muszę zrobić obiad. Tylko, że ten kod nadal nie działa. Ale muszę zrobić ten cholerny obiad. Kot widzi słońce i miauczy, że chce wyjść na balkon. Wychodzi i wchodzi z powrotem. I tak po parę razy. A kotlety zaczynaja się powoli przypalać na patelni. I ten kod – nadal nie działa.
Kolejne jakieś spotkania. Na szczęście nie muszę już nic mówić, ale muszę być obecna. Słucham słów: „szukamy nowej osoby, bo nasz kolega na tym stanowisku niestety zmarł”. I potem, jak gdyby nigdy nic kolejna, sucha informacja. Zmarł – tak samo, jakby się zwolnił, czy coś. Pewnie mnie też tak wyczytają, gdy umrę. Nikt nie będzie wiedział i nikt nie wspomni o tym, że pracowałam w chorobie, opiekując się dzieckiem, robiąc po kilka zadań na raz, bez przerwy przełączając kontekst. Po środku salonu, z bajką w tle, płaczącym dzieckiem, miauczącym kotem, kipiącym mlekiem czy przypalającymi się kotletami.