Dżem z papai

Dżem z papai – odcinek drugi

Trochę się zdziwiłam, gdy zobaczyłam, że nasza grupa liczy zaledwie szesnaście osób. A jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że jestem jedyną samotną kobietą na tej wyprawie i należy mi się osobny pokój. Przyfarciłam, bo wybrałam opcję z dokwaterowaniem, gdyż w przeciwnym wypadku należało sporo dopłacić, a jak to ja – zazwyczaj przekraczam każdy swój wyjazdowy budżet (albo raczej decyduję, że lecę nie mając na to środków, bo YOLO). I tak, płacąc mniej za dokwaterowanie, dostałam swój pokój. Uznałam to za pewnego rodzaju prezent od biura podróży.

Pierwszy dzień to nawet nie była rozgrzewka. W programie fakultatywne zwiedzanie Sal, by zbytnio się nie nudzić przed wieczornym wylotem krajowym na inną wyspę – Sao Vicente. Z drugiej strony to był idealny dzień na zapoznanie się z grupą. I nie powiem, zwiedzanie niemal pustynnej Sal nie było wcale nudne, aczkolwiek zdecydowanie krótkie. Największą według mnie atrakcją był spacer w zatoce rekinów. Nie do końca potrafiłam sobie to wyobrazić i nie liczyłam na wiele. Sądziłam, że to będzie oglądanie ich w jakimś zamkniętym basenie, coś w stylu delfinarium. Tymczasem my naprawdę weszliśmy do oceanu, a wokół nas beztrosko pływały baby sharki z cytrynowymi płetwami na grzbiecie, ocierając nam się o nogi, jak gdyby nigdy nic. To było naprawdę epickie doświadczenie! Z kolei w oddali kręciła się ławica ich rodziców i o ile młode wydawały się słodko niegroźne, to już widok wystających nad powierzchnią wody wielkich i trójkątnych grzbiecików przywoływał w wyobraźni sceny z filmu Szczęki. Warto zatem było stąpać spokojnie i absolutnie nie drażnić bejbików.

Na Sal również po raz pierwszy zderzyliśmy się z kabowerdeńskim kulinarnym dobrem narodowym – mianowicie z cachupą, nazwaną przez nas swojsko „keczupą”. W smaku również bardzo swojska – istna grochówka, może tylko trochę gęstsza. Moje wrażenie? Najpierw efekt wow, bo tak bardzo przypomina grochówkę, więc mi posmakowała, ale nim zjadłam połowę, poczułam, że jest mi za ciężko i jakoś tak mdląco. Przy kolejnej szansie na wybór dania obiadowego już raczej omijałam tę propozycję. Ale kabowerdeńska kuchnia jest naprawdę przepyszna, jednak dowiedziałam się o tym nieco później.

Po powrocie z instant objazdu wyspy zostało nam sporo wolnego czasu w hotelu. I to wtedy właśnie wykorzystaliśmy go, by przetestować lokalne wino Cha z wyspy Fogo, a co najważniejsze – by przełamać pierwsze lody i tak wreszcie z pełnym impetem przejść na „ty”. Wulkaniczne wino, słońce, fale oceanu i atmosfera momentalnie przeszła w tryb „olekskjuzmi”. Dowiedziałam się, że w grupie jest sporo osób z mojej branży i poczułam się trochę, jak na typowym wyjeździe integracyjnym. Albo innej zielonej szkole. I dokładnie o to chodziło! Lecz w efekcie tego upojenia ledwie się zorientowałam, że już jestem na lotnisku. Tym samym, na które wczoraj przylecieliśmy, ale tym razem kierowaliśmy się na lot wewnętrzny. Gdy przeszłam przez odprawy poczułam, że jest mi naprawdę niedobrze. Zrozumiałam, że przesadziłam z Cha, do tego zmęczenie z dnia poprzedniego no i niestety – żołądek zaczął protestować.

Kiedy zajęłam miejsce w samolocie, zrobiło mi się tak bardzo błogo. Właściwie powinnam siedzieć przy oknie, ale tam się już uczaplił jakiś Kabowerdeńczyk, na dodatek obładowany licznymi torbami. Wolałam go nie wypraszać, w szczególności, że to był naprawdę duży chłop. Zresztą, będąc w nienajlepszej kondycji i tak niewiele zapamiętałabym z widoku zza okna. Na pokładzie było bardzo gorąco, ale mi to niezwykle pasowało. Wiedziałam, że muszę uspokoić żołądek, więc to ciepełko, sen i powinno być lepiej. Jednak ten jegomość, który siedział obok zaczął mnie zagadywać. Był bardzo miły, więc i mi się miło z nim rozmawiało. Ciągle czułam się paskudnie, a ten zaczynał wyraźnie ze mną flirtować. To była scena, jak z kiepskiej komedii – duszny samolot, pijana baba i wielki chłop obładowany torbami, który zajmował prawie dwa miejsca. On z nią flirtuje, a ona się tylko modli w myślach, by na niego nie zwymiotować. Kocham te swoje pojebane historie!

Mimo wszystko w tej dość surrealistycznej scenie naszła mnie głębsza, duchowa refleksja. Tak, dla mnie nie ma warunków niemożliwych do głębszych, duchowych refleksji… W każdym razie, kiedy on tak miło ze mną rozmawiał i kiedy siłą rzeczy byłam niemalże do niego przytulona, bo jednak, bądź co bądź był wielki i zajmował część mojego fotela, to pomyślałam, że to takie fajne uczucie mieć kogoś obok. Tak po prostu. Leciałam półprzytomna z jednej wyspy na końcu świata na drugą, a przez tę chwilę nie czułam się sama. Miałam to jego ramię i to mi dało jakąś formę bezpieczeństwa. Choćby przez moment. Naprawdę podładowała mi się w tamtym momencie emocjonalna bateria. A i żołądek się uspokoił.

Potem z mojego przylotu na wyspę Sao Vicente już tylko pamiętam odliczanie, by jak najszybciej znaleźć się w hotelu i położyć do łóżka. Jak dobrze, że miałam ze sobą elektrolity!

A wielki chłop z samolotu zniknął gdzieś w hali przylotów. Może on mi się tylko przyśnił?

Ciąg dalszy zapewne nastąpi…

Verified by MonsterInsights