Dżem z papai – odcinek szósty
Wtorek, trzeci dzień naszego trekkingu na Santo Antao zaczął się od przejścia przez pola uprawne w Dolinie Paul. Szliśmy pośród bujnej roślinności, a tuż obok lokalni farmerzy ścinali trzcinę cukrową. Nie myślałam, że jej łodygi są aż tak twarde i ostre – to takie trochę mini bambusy. Oprócz trzciny mijaliśmy uprawy yamu – do tej chwili nie miałam pojęcia, że istnieje takie warzywo, a później podczas lunchu miałam okazję je spróbować. Nazwałabym to po prostu tropikalną pyrą.
Kocham rośliny, więc czułam się, jak w rajskim ogrodzie. W miarę podejścia widzieliśmy coraz więcej kaskadowych poletek, gdzie rosły głównie warzywa – poza tymi bardziej egzotycznymi również te całkiem swojskie, jak marchew, cebula, papryka, czy kapusta. Niełatwo się szło, bo podejście dość strome, ale największym wyzwaniem było duszne i wilgotne powietrze. Zupełnie, jak w palmiarni, tylko takiej pod gołym niebem. A niebo to nie było pokryte ani jedną chmurką pozwalając słońcu na jego promienny show w pełnej krasie. Miałam jednak wielką motywację, by wykrzesać z siebie pełną moc i wejść na sam szczyt, bo tam czekała na nas kawa. Nie byle jaka. Lokalna, uprawiana właśnie tu i tam – po drodze.
Tego dnia widoki mieliśmy naprawdę barwne, unikalne i niepowtarzalne. Nie tylko skały i ocean z oddali, ale i cały zielony arsenał botaniczny, jakby wprost z najbardziej egzotycznego biomu w Minecrafcie. I w dodatku od czasu do czasu takie smaczki, jak basen obok poletka szczypiorku, czy kamienny chlewik z prosiakiem na grzbiecie góry. Świnka nad przepaścią? Czemu nie!
Gdy wreszcie dotarliśmy do chatki na szczycie, zobaczyłam, że tuż przed drzwiami suszą się ziarna kawy rozłożone równomiernie na kawałku jakiegoś płótna. Jak mnie to zachwyciło! W moim rozumowaniu kawa to produkt arcy magiczny, niedostępny do uprawy w moim świecie. O ile od biedy mogę sobie zasadzić w doniczce pestkę cytryny i nawet mi z niej wyrośnie jakiś liść, to z kawą praktycznie nie ma szans. Aż nagle widzę na własne oczy, że jej ziarna tak zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic, suszą się u kobiety na podwórku, gdzieś na szczycie góry. Nagle ta misterna kawa objawiła mi się niczym pospolita skrzynka jabłek albo pozbierane z pola ziemniaki koło typowego polskiego domu na wsi. Coś, co jest w moim świecie tak niedostępne, tutaj było czymś oczywistym.
Chwilę później gospodyni przyniosła nam w dzbankach swoje zaparzone, czarne złoto. Kawa była bardzo mocna i aromatyczna. Inna niż wszystkie, które do tej pory próbowałam. Rzekłabym, że z gatunku tych dla koneserów. W ramach naszego kawowego koła zainteresowań w pracy nie raz miałam już okazję popróbować takich specyficznych, no i ten zdecydowanie dopisałabym do listy. Obowiązkowo musiałam kupić worek ziaren. Zwyczajny, foliowy worek – nie żadne tam ekstra kolorowe opakowanie z wentylem czy innymi bajerami. I to było w tej prostocie najwspanialsze, bo do szpiku kości naturalne i prawdziwe. Mój plecak, a później walizka oraz cała jej zawartość pachniały intensywnie kawą. Chyba nie mogłam sobie sprawić lepszej pamiątki z wyjazdu. Zwłaszcza, że okupionej niezłym wysiłkiem!
Opuszczając chatę kawowej pani, zeszliśmy tylko nieco niżej do innej chatki, gdzie czekał na nas obiad. Przepyszny, chyba najlepszy ze wszystkich. Był tuńczyk, kurczak, yam, bataty i maniok, a także słynna cachupa – o niebo smaczniejsza od tej, którą jadłam na wyspie Sal. Był też deser – karmelizowane banany z ogródka. Nie przepadam za bananami, ale tamte to inny wymiar. Jak zresztą każdy inny owoc i warzywo. Ilość słońca naprawdę robi różnicę we wszystkim. Nasze owoce i warzywa są często cierpkie w smaku i kwaśne. Jak i my sami – marudni, depresyjni, zamknięci w sobie. Na południu z kolei wszystko jest słodsze. Lżejsze. Bezstresowe. Jakieś takie pozytywne. No ale cóż, każdy ma swój klimat, w którym żyć jakoś musi.
Niestety, mój wesoły nastrój został niedługo później zaburzony. Po obiedzie mieliśmy przepiękne zejście – znów pośród bujnej roślinności oraz wąskich, uroczych potoczków. Zamroczona widokami, trochę wręcz nimi zahipnotyzowana, na moment straciłam koncentrację. I moment tylko wystarczył bym źle stąpnęła. Prawa stopa wylądowała na niestabilnym kamieniu i wykręciła się niemiłosiernie. Poczułam, jakby tam w środku coś pękło, ale mimo wszystko nie bolało. W ułamku sekundy przebiegło mi przez głowę stado dzikich myśli, że może właśnie wyeliminowałam się z gry przez kontuzję zarobioną swoją lekkomyślnością. Zatrzymałam się na chwilę i powoli zaczęłam ruszać stopą na wszystkie strony. Nie bolało (albo tak mi się tylko wydawało w przypływie adrenaliny oraz mojej ponadprzeciętnej odporności na ból), była sprawna, mogłam postawić krok. Coś jednak było nie do końca w porządku, lecz trudno było mi określić, co. Wolałam się nad tym nie zastanawiać. Schodziłam dalej od lewej, a tę oszczędzałam. Wkrótce doszłam do końca naszego przepięknego szlaku i odetchnęłam z ulgą, że mogę nadal chodzić.
A jeszcze chwilę później dotarliśmy do destylarni grogu, gdzie skutecznie znieczuliłam kostkę degustując tenże trunek w paru jego wersjach. Obowiązkowo kupiłam butelkę, a do niej jeszcze słoiczek dżemu z papai. Zeszłam ze szlaku, a prawie, jakbym wróciła z dobrych delikatesów.
W hotelu jednak odkryłam niepokojący widok. Moja prawa kostka była wyraźnie spuchnięta, a zewnętrzna część stopy mocno sina. Nie miałam pojęcia, co dalej. Nazajutrz czekał na nas kolejny wymarsz, a ja musiałam znaleźć sposób, by się wyleczyć…
Ciąg dalszy zapewne nastąpi…