Mały, drewniany domek pod baranim księżycem
Popełnić wpis miałam przebywając w małym, drewnianym domku w górach, kiedy to bezczelnie i bezpardonowo zostałam wytrącona ze swojego rytmu. No i dobrze się stało, aczkolwiek…? W każdym bądź razie wpis i tak jakiś powstał, jeszcze tam – na magicznym Dolnym Śląsku.
Schodzę dziś z Uniwersum, bo tam ostatnio działo się zarówno nic, jak i wszystko. Pamiętam jednak, że dokończyć myśl miałam o balu nieszczęsnym. Sztucznym takim. Aczkolwiek… No właśnie, coś zbyt szybko moje emocje maści wszelakiej ostygły. Poznaję siebie na nowo i właśnie siebie nie poznaję. To do mnie takie niepodobne wszystko. Gdybym była dawną sobą w tu i teraz, to zapewne byłabym już w króliczej norze. Tymczasem daleko mi do niej. Zmieniłam się. Oj, bardzo się zmieniłam.
A wracając jednak do tego balu, pełnego sztuczności. I targowiska próżności, w którym – przyznaję – początkowo dałam się porwać swemu ego, by odstroić się niebotycznie i karmić się spojrzeniami pełnymi zachwytu. Nad wyraz jednak szybko ta karma przestała mi smakować. Szczególnie, gdy zbyt blisko podchodzili ci, co złote okręgi dumnie na palcach noszą. Zemdliło mnie.
I zemdliło mnie tak jeszcze kilkukrotnie. I chyba nie chcę nic już więcej dopisywać. Pamiętam, że jeszcze tego dnia zaledwie o poranku rozmyślałam, jakie to trzeba mieć szczęście, by trafić na odpowiednią osobę i że aż niemożliwe jest, by te wszystkie pary wokół mnie były tak dopasowane. Czy zatem są faktycznie, czy może to szczęście jest wyłącznie złudzeniem? No i otrzymałam swoją odpowiedź. Wszechświat zaserwował mi ją w zawrotnym tempie.
Po balu wytchnęłam mknąc drogą ekspresową na południe. Z muzyką ulubioną rozbrzmiewającą głośno w mojej rakiecie. Gdy tylko minęłam Wrocław, moim oczom ukazywał się krajobraz, jak z bajki. Im dalej na południe – tym bardziej baśniowy. Zaczęłam się zastanawiać, czy ja się przypadkiem tym samochodem gdzieś nie rozbiłam – w tej mojej szalonej prędkości podkręconej ciężkimi rytmami. Może się rozbiłam i teraz właśnie przejeżdżam przez niebiańskie meandry?
W tym roku góry obdarowały mnie szczególnie. Nie tylko przepiękną pogodą, nie tylko przytulnym, małym, drewnianym domkiem, jak ze snów, nie tylko rykiem jeleni i nie tylko bezchmurnym niebem pełnym gwiazd pod pełnią księżyca w Baranie. I dar ten przyjęłam z wdzięcznością, ale teraz czas pójść dalej. Znów się nauczyłam czegoś nowego o sobie.
Cóż jeszcze masz dla mnie w zanadrzu piękna i szalona jesieni? Cóż jeszcze dla mnie masz złoty październiku, któryś od niedawna dla mnie najpiękniejszym miesiącem w roku?
To tylko sny, szalone sny.