Dziesięć Mieczy po Wieży
Jest środek tygodnia, a ja siedzę i spać nie mogę. Kompulsywne zakupy – po wczorajszej wypłacie zostało wspomnienie. Mam jedną zasadę – nie piszę i nie stawiam Tarota po alkoholu. Ale dziś się napiłam. Wódki weselnej z resztką soku, którego zakupiłam jakiś tydzień temu na wizytę Gościa.
Czuję się, jak 10 Mieczy. Na własne życzenie.
Mrożona pizza, drink na znieczulenie, maraton zaległego Klanu. I kurwa nic. Nic mi to nie pomogło. Nowa torebka, buty ani garść biżuterii też nie.
Czuję się, jak 10 Mieczy po Wieży. I jeszcze takie 9 Mieczy też.
Spotify odtwarza powermetalowy kawałek, którego słuchałam na szlaku i szłam, w górę jak strzała. Odpalam go w kółko. Nie pomaga.
Ja wiem, że Wenus retrograduje w Skorpionie i że mi ten Skorpion mocno siedzi, bo to mój ukochany ascendent. Ale…
Ale i tak czuję się, jak 10 Mieczy.
Zaraz – czy to właśnie nie za tym tęskniłam jeszcze wczoraj?
Kolejne uczucie, które brzmi, jak dycha mieczy. No i to rozumiem. To znam! To jest już teraz moje.
Absurd to jest jakiś w tej chwili.
Bo ja przecież nie chcę się czuć, jak 10 Mieczy.
To jest niemiłe.
To boli. Jak 10 Mieczy wbitych w plecy.
Tarota dziś nie stawiam, bo sama jestem dziś rozkładem.
Tęsknię. Kurwa, tęsknię. I wcale nie jestem pijana.
Tak sobie myślę – a może ja mam w sobie takie coś, co nie pozwala mnie pokochać? Chciałabym umieć to coś nazwać, a potem napić się z tym czymś wódki. Weselnej.
Tęsknię. Za Rycerzem Pentakli.