Na pełnym morzu

Córka wiedźmy i trolla

Gdy idzie się własną drogą, często kroczy się samotnie. Zaczynasz wędrówkę w jakiejś dolinie, gdzie jest wioska lub miasteczko. Masz wokół tłum ludzi, którzy stworzyli ci środowisko i ustawili w pewien określony sposób. Część zostanie w dolinie i będzie powielała schematy. Inna część zapragnie sprawdzić, co kryje się za wzgórzami okalającymi osadę. Im dalej znajdą się od grupy, tym bardziej się zmienią. I tym trudniej będzie im żyć według starych zasad. Właściwie to nie będzie już możliwe.

Czuję to swoje wyalienowanie. Prędzej odnajduję porozumienie z ludźmi, których poznałam podczas swojej wędrówki niż z tymi, którzy dali mi podstawy istnienia. I to jest smutne. Bo ja zawsze chciałam sprawdzić, co kryje się za górami i lasami, ale nie chciałam przy tym stawać się jeszcze bardziej niepasująca do swojej rodziny niż byłam. No bo byłam jakaś taka inna od początku, co odczuwałam aż za mocno czasami. I teraz jest tylko gorzej. A może właśnie lepiej?

Naszła mnie ostatnio taka refleksja z kategorii pół żartem pół serio – czy aby mnie jednak nie podmieniono w szpitalu po narodzinach? Może jestem córką wiedźmy i trolla? Takiej jakiejś kosmicznej pary rodem z baśni i legend?

Kiedy chciałam się przed swoją rodziną pochwalić ostatnim opowiadaniem o Uniwersum T i wysłałam im linka do serii, to brat stwierdził, że nie będzie klikał niczego, co im podsuwam, bo zapewne to jakaś hakerska podpucha i w ten sposób włamię się do ich telefonów. Tak więc nie weszli, nie czytali. Nie wiem, czy mam się śmiać czy płakać. To taki trochę komplement, że już jestem przez nich uznana za wyśmienitą hakerkę, kiedy to ja nawet jeszcze nie zdążyłam rozpocząć właściwego kształcenia w tym kierunku… Ostatniej i przedostatniej powieści też nie czytali. A tę pierwszą to tak tylko po łebkach – może, co dziesiąte zdanie. I nie wszyscy zresztą.

Ale nie o to chodzi, że teraz cała moja rodzina ma być sterroryzowana przeze mnie moimi tekstami. Nie chcą, to niech nie czytają. Tylko, że nawet się nie zainteresują, co stworzyłam. Nie zapytają o czym to. Nie zapytają skąd pomysł, jakie następne plany. Nic. Ja wiem, że oni tego nie rozumieją. Bo to takie artystyczne, czyli nikomu koniecznie do życia niepotrzebne. Poza tym, niedochodowe. To tylko takie moje widzimisię. Taka moja słabość. Wada wręcz. To żadne porządne zajęcie, cokolwiek to znaczy.

Albo, gdy zaproponowałam bratowej, by się wybrała ze mną i koleżankami na babski wypad w góry – oburzenie. Nie z jej strony, bo ona nie miała nic do powiedzenia. Protest brata, że czemu najpierw jego nie zapytałam o zgodę. Aż się zakrztusiłam czytając to. I nie wiem naprawdę, czy on to tak na serio. Że niby taka stara rozwódka, jak ja jest zbyt złym i gorszym sortem, by się zadawać z młodą mężatką, bo ją mogę sprowadzić na taką samą drogę? Zwłaszcza w ekipie koleżanek, gdzie też są kobiety po rozmaitych przejściach.

Nie rozumiem. Albo może i rozumiem, ale już mi się to w głowie nie jest w stanie pomieścić.

I tylko utwierdzam się w przekonaniu, że droga, którą idę jest słuszna. Choć bywa tu samotnie i czasem zbyt surowo oraz ekstremalnie – jak to na szlaku – to jednak widoki, które się przede mną roztaczają wynagradzają każdy trud. I ten horyzont – taki piękny, taki szeroki. I słońce świeci bliżej. I mam ten zaszczyt widzieć to, czego nie widzą wszyscy. A wiedza – jak to wiedza – nie jest lekkim, ale zawsze cennym darem. Bezcennym.

Może nie jestem córką wiedźmy i trolla, lecz sama z pewnością stałam się całkiem niezłą wiedźmą.

Jestem z siebie dumna.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights